Czasami wygaszacz komputera automatycznie pokazuje mi skały Rondy. I wtedy zawsze dopadają mnie dwa uczucia: po pierwsze- dlaczego mnie tam nie ma?, po drugie: Boże, jak fajnie, że tam byłam!
Ronda jest piękna. I żeby ją poczuć trzeba więcej czasu niż my w niej spędziliśmy.
Pod pewnym względem nie bardzo różni się od innych miast- oj działo się tam kulturowo i społecznie i religijnie na przestrzeni dziejów. I Rzymianie i Mauretanie…. I tak głęboko w dosłownym tego słowa znaczeniu haha to Ronda po dziś dzień pozostała. Po jednej stronie dzielnica mauretańska, po drugiej chrześcijańska, a po środku wąwóz El Tajo- głęboki na 100 metrów. Cudowny to podział. Chce się siedzieć i siedzieć i kontemplować ten widok.
Ale na to trzeba mieć czas. A ten nas niestety trochę goni, więc udajemy się jeszcze do słynnej areny byków Plaza de Toros, z równie słynnym bykiem przy którym trzeba sobie zrobić przecież zdjęcie i podążamy do najpiękniejszego mostu w Rondzie- Puente Nuevo- prawdziwej wizytówki miasta. Nowy Most osadzony został na trzech łukach, a historia jego do najfajniejszych nie należy. Bo zrzucano z niego jeńców wojennych. Ginęli roztrzaskując się o skały. A to widoczne okienko w moście- podobno tam przetrzymywali więźniów. Nikt nie uciekł…. Brrr. Na szczęście to już przeszłość. Most można podziwiać z różnych stron, wchodząc na przyległe tarasy widokowe. Mamy czas, żeby sobie chwilę pospacerować, jednak tak całkiem szczerze, to na Rondę powinno się zarezerwować jeden calutki dzionek. Żeby oczy nasycić.



