Wiemy, że Granady, czy Grenady- jak Wam wygodniej wymawiać, obie formy poprawne, nam po prostu za mało. Jakoś wyszło tak, że za bardzo skoncentrowaliśmy się na największej atrakcji tego miasta, a za mało na tym, jak to miasto żyje naprawdę. Ale po kolei.
Wyjazd do Granady organizacyjnie zupełnie nie był zaplanowany tak, jak się odbył. Po pierwsze mieliśmy jechać tam pociągiem. Okazało się, że tym samych pieniądzach możemy mieć- i tutaj uwaga- autobus z kierowcą tylko dla siebie! Wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy, że kierowca nie zna żadnego innego języka poza dialektem regionalnym haha. No ale przyznać musicie, że opcja to na wskroś wygodna…
Tak więc wesołym autobusem wybraliśmy się o przyzwoitej godzinie do Grenady. Wyjeżdżając tak naprawdę mieliśmy w głowach dwa główne punkty- nie do zaliczenia, lecz do przeżycia: Alhambra i tapasy. To może rozwinę trochę me myśli.
Grananda to ostatnie muzułmańskie królestwo na terenie Hiszpanii. Koło roku 1500 królowie katoliccy najechali na miasto i je zdobyli. Problemem stał się ten podbój dla mieszkających w nim Żydów i Muzułmanów. Musieli wybrać- albo przechodzą na chrześcijaństwo, albo się wynoszą. W ten sposób nastał koniec panowania islamu w Andaluzji. Dlaczego o tym piszę? Bo to ważne, gdziekolwiek nie zerkniemy, w którąkolwiek stronę nie pójdziemy. Religie i tradycje tej mieszanki narodów odcisnęły swoje piętno na i w budynkach, sztuce i całym odbiorze tego miasta.
No i dochodzimy do sedna- jej wysokość Alhambra- pałace i zamek obronny Nasrydów. Najokazalszy zabytek budownictwa arabskiego na naszym kontynencie. Nie może nie zrobić wrażenia. Po prostu. Cała twierdza składa się z wielu budynków, które powstały w różnych epokach. Sam spacer po ich wnętrzach może już zająć cały dzień. Nam najbardziej podobał się oczywiście Pałac Nasrydów- przepiękne koronkowe sklepienia, arabeski, dziedzińce- ehh można tak godzinami. To w takich wnętrzach „działy się” baśnie tysiąca i jednej nocy. Na ścianach ornamenty z wersetami koranu, bogato zdobione balkony, małe i większe ogrody, patia z fontannami, gaje owocowe. Jak tam musi być pięknie, kiedy to wszystko kwitnie…. A wychodząc na zewnątrz można się zapomnieć. Bo wieże i mury to jeden wielki punkt widokowy na miasto i góry. Grenada ma to szczęście, że posadowiona jest idealnie Costa del Sol z jednej strony, Sierra Nevada z drugiej. A ona gdzieś po środku.
Jedna uwaga- jako tak znamienity zabytek oczywiście Alhambra jest turystycznie oblegana. My mieliśmy duży problem z upolowaniem biletów, bo już dużo wcześniej wykupywane było dosłownie wszystko we wszystkich możliwych pakietach. Polujcie jakiś miesiąc przed. Powinno się udać w sezonie niskoturystycznym. No chyba, że system Wam nie pozwoli na tak wczesny zakup…
Dosyć zachwytów. Przed nami drugi punkt, dla którego ludziska przyjeżdżają do Granady- tapasy! I do tego za darmoszkę! Bo to jest tak, że jeśli zamówisz coś do picia, to dostajesz w zestawie od razu przekąski. I to nie takie dwa kęski, tylko talerzyk różnistych. Jakie to pyszne było! I jakie smaczne! Żeby nie było, że my tylko ograniczyliśmy do tych dwóch punktów, to pochodzić trzeba sobie po uliczkach, po straganach z dużą ilością gadżetów w iście arabskim stylu, wejść lub chociaż z zewnątrz zobaczyć katedrę, usiąść i pooddychać tym miastem. I poczuć: „JESTEM”!














