Zabić Indianina w dziecku, czyli „27 śmierci Toby’ego Obeda”

„Po wczorajszym jego organizm nie był w stanie niczego przyjąć i Ed zwymiotował. Wpatrywał się w jaskrawe kawałki marchwi, które zwrócił właśnie na szarawą owsiankę, i starał się powstrzymać kolejne torsje swojego nienawykłego do prądu, ledwie ośmioletniego organizmu. U jego boku pojawiła się wtedy siostra Wesley, opiekunka chłopców. Wzięła miskę Eda i wylała jej zawartość na podłogę. – Zjedz to- powiedziała. Chłopak zczołgał się na ziemię i zaczął zgarniać dłońmi masę z powrotem, a zaraz potem szukać łyżki. – Nie tak. Masz jeść jak pies. Ed nie zrozumiał, więc siostra chwyciła jego głowę i wepchnęła do miski…”  

Z czym kojarzy Ci się Kanada? Kraina szczęśliwości, liść klonowy, piękne widoki i takie tam. No to muszę Cię zmartwić. Po przeczytaniu tego reportażu przestanie. A reportaż ma to do siebie, że szuka prawdy.

Przeszło przez nie 150 tysięcy dzieci- szkoły z internatami, których jedynym celem było zabić w dziecku Indianina- w imię Jezusa. Trafiały do nich już dzieci czteroletnie, najczęściej na siłę zabierane rodzicom. W imię Jezusa. Na pierwszy rzut dostawały zakaz mówienia w języku ojczystym. Nikt się nie stosował, bo innego nie znał. Więc: „Bili nas z dużą troską… W gorsze dni kładli nam ręce na nieostygłym palniku. Zamykali w komórce bez światła i bez jedzenia. Nie dawali też nocnika. Za karę chodziliśmy potem okutłani w zabrudzone prześcieradła”.

W jednej ze szkół do torturowania służyło krzesło elektryczne: „Napięcie zwiększano stopniowo. Dziecko najpierw krzyczało, potem gryzło własne wargi, na końcu się wyprężyło. Po chwili wajcha przesunęła się do bezpiecznej pozycji, ciało Toma opadło. Ale tylko po to, żeby ksiądz Goulet znów mógł puścić prąd i patrzeć, jak dziecko na powrót sztywnieje”. W imię Jezusa.

Sami siebie nazywają „ocaleńcami”. Nie sposób policzyć ile osób ucierpiało. Dzieci przebywające  w internatach to raz. Rodziny, którym te dzieci odebrano to dwa. Ale też partnerzy w przyszłych związkach tych, którzy po tych przeżyciach byli w stanie wejść w ogóle w związki i ich dzieci, które nie umieli obdarzyć miłością. Bo im nikt nie pokazał jak kochać. Często sami błądzili w myśl zasady: „Czynisz to, co tobie uczyniono”.

Szkoły z internatami funkcjonowały jeszcze całkiem niedawno. Długo fakty nie wyszły na światło dzienne, a kiedy wyszły to podziurawione. Przyznało się państwo, że nie dopilnowało, nie nadzorowało, że dopuściło. Nie przyznał się kościół. Tam cały czas jeszcze karmią się wytłumaczeniem, że: „Takie były czasy”.

Książka- reportaż do której przeczytania trzeba sobie zarezerwować więcej czasu. Bo boli. I to bardzo. Kawał historii, o której nie wiemy wiele. Niestety po niej Kanada już nigdy nie będzie w naszej głowie krajem szczęśliwości dla wszystkich.   

Ten post ma 4 komentarzy

  1. Portal

    Doceniam Twoje poglady, często tutaj bywam, serwerem proxy często się nakrywam, Czytam wiele postów, myślę, kontempluję, Twojego bloga nad wyraz szanuję 🙂

  2. Wiertarki

    Zamiast szukać podziałów lepiej się jednoczyć, łątwiej wielką bandą po trudnej drodze kroczyć, zmowa milczenia u nas nic się nie zmienia, wszystkim dorbym blogom życzymy powodzenia cyt. Firma

  3. Kawowy Blog

    Wspaniały blog wiele przydatnych informacji zawartych w poszczególnych postach, Dzieki Ci za to serdeczne, zapraszam także do siebie…

Skomentuj Wiertarki Anuluj pisanie odpowiedzi