Być w okolicy i nie zobaczyć Werony? Odradzam. Werona jest piękna. To już tak na wstępie, żeby wyprzedzić to, co za chwilę. My tymczasem drugiego dnia naszego babskiego wylotu jedziemy sobie dopiero pociągiem regionalnym z Bergamo do miasta Romea i Juli. Tak ok. 1,5 h nam to zajmie z przesiadką pomiędzy i czasem na kawkę. Brzmi całkiem lajtowo- no nie? Pewnie, że tak, jeśli się wie, że są dwa perony nr 2, a ten drugi znajduje się za zasieką na końcu świata. To wtedy luz. A my szukając pociągu tego jeszcze nie wiedziałyśmy, więc luz był taki kontrolowany bardzo haha.
Werona nie od razu cała się odkrywa. Najpierw czeka nas spacerek- niestety ruchliwą ulicą, tak z 20 min. A potem już przepadamy. Z jednej strony niefajnie, bo tłumy turystów. I nie wiem, jak wygląda to miasto w okresie wysokoturystycznym, ale przy piątku z rana już jest całkiem tłoczno. Ale za to z drugiej strony- czyste piękno. Piękno na każdym kroku. Najpierw trafiasz na Plac Bra. To ten plac z symbolem miasta, czyli rzymskim amfiteatrem z I w. n.e. i przy okazji trzecim największym we Włoszech. Udaje nam się przycupnąć w jego cieniu na schodkach i poczytać trochę na temat tych starożytnych murów. I tak jakoś masz wrażenie człowieku, że opierając się o te mury tak jakoś głębiej oddychasz…
Zanim pójdziemy odwiedzić tą najważniejszą kobietę w Weronie- Julię postanawiamy pogubić się chwilę w czarownych uliczkach. Tam czyha na każdym kroku coś pozytywnego na człowieka. Bardzo polecam pochodzenie sobie po Weronie bez mapy, zupełnie bez celu po tych zaczarowanych zakamarkach. Takie gubienie się tam, gdzie nie docierają tak bardzo wszyscy turyści i chłonięcie spokoju w takich miejscach, to właśnie jest Italia, przy wspomnieniu której mówimy tylko: „Ehhh”
Ale tak na prawdę wszyscy lubimy trochę marketingowej ściemy w podróżowaniu. Bo działa na wyobraźnię. Jeśli więc ktoś chciałby poszukać prawdziwych śladów Romea i Julii stworzonych przez Szekspira, to niestety muszę bardzo rozczarować. Tych nieprawdziwych na pęczki. Po pierwsze Szekspir tej pary kochanków sam nie wynalazł, tylko sobie zapożyczył od wcześniejszych włoskich pisarzy. Ba- on nawet nigdy w Weronie nie był! Po drugie ślady ich wątpliwe, bo w domu, który wszyscy tłumnie odwiedzają, mieszkała niejaka rodzina Cappello, co bardzo przecież przypomina nazwę rodu Capuleti, więc dlaczego faktów nie podciągnąć, żeby było ciekawie? Szukając dalej można też próbować iść śladem pochówków i odwiedzić grobowiec Julii. Tyle tylko, że jest pusty i Juli w nim brak.
Oczywiście, że my to wszystko wiemy. Ale i tak stajemy pod balkonem i obmacujemy tą biedną dziewczynę jak setki, nie- tysiące innych turystów. Siła marketingu jest ogromna! Dobrze, że wejście na podwórko za darmo, bo żeby wejść do domu Julii, w którym jak już wiemy nigdy nie mieszkała, a potem na balkon, na którym nigdy nie stała, trzeba już zapłacić chyba z 6 EUR.
I stojąc w tym tłumie przez chwilę zamarzyło mi się, żeby zobaczyć to miejsce w XVI w. Takie nietknięte, surowe i bez tłumów. Pewnie śmierdzące, bo tam wszystko wtedy śmierdziało, ale i tak chyba pięknie by było haha.
W podwórzu działa Klub Julii. Jeszcze chwilę temu każdy zakochany nieszczęśliwie mógł przyczepić liścik na murze. Teraz bardziej cywilizowanie- jest skrzyneczka, można napisać, co na serduchu leży, a wolontariusze z klubu odpiszą. Zresztą temat znany, polecam przy tej okazji film: „Listy do Julii”.
A my powolutku przemieszczamy się na Piazza della Erbe- drugi piękny plac, tym razem jest to Plac Ziół. I na pewno jest on ładny, te budynki, fontanna, freski, balkony…. Ale na środku kupa chińszczyzny na kramach. Podobno można kupić tu najlepsze pamiątki. Kramy już i tak ujednolicone, ale ludzi w brud. Nie dostrzegasz tego piękna, chyba, że głowę do góry podniesiesz. Pięknie staje się tu chyba dopiero wieczorem, kiedy kramikarze zamkną swoje dobytki.
Chodzimy zresztą sobie po całej okolicy, bo ileż tych placyków, wież i pomników tam jest! Nawet wypasione gotyckie grobowce rodu Scaglieri w centrum miasta, które robią niesamowite wrażenie.
Alei tak najważniejsze w tym wszystkim są dla mnie momenty zatrzymania i gapienia się. I taki urządzamy sobie przy pałacu Ragione, a ściślej mówiąc z widokiem na Torre dei Lamberti (84 m wysokości). Można wjechać na nią windą, można wejść, a my siedzimy po prostu na placyku, podjadamy sobie i delektujemy się. Ach jakież cudne to zatrzymanie….
A po widoki z góry wędrujemy sobie dalej. I dochodzimy do wybrzeża Adygi. I wchodzimy na most Ponte Pietra z I w p.n.e. I stamtąd funikularem jedziemy oglądać Weronę z góry. Przycupniemy trochę na murach i tu i tam. No chwilo trwaj!
I tak właściwie to do całości brakuje mi tylko kościoła jakiegoś. Wiem, że katedra ważna, więc wchodzimy i zwiedzamy trochę, ale najpiękniejszy podobno kościół Zenka- patrona Werony, czyli San Zeno. Trzeba trochę przejść, żeby go zobaczyć, bo oddalony znacznie od centrum. Idziemy więc dzielnie i…. i zamykają go nam przed nosem. A gdybyśmy tak 10 min. wcześniej przyszły… Ale wyczytujemy, że 18.30 będzie msza. Może uda się zajrzeć? Powoli zaczynają gromadzić się nieliczni wierni. Próbuję podpytać starszą kobietę, czy ta msza na pewno będzie. Ofuka mnie z oburzeniem pokazując na godziny zwiedzania i idzie w stronę plebani. Ksiądz nie pojawił się wcale przez kolejne 20 min. Ludzie czekali sobie z pełnym spokojem. Nie wszystko muszę zrozumieć we Włoszech haha. No a my posiedziałyśmy sobie przynajmniej na schodkach u Zenka uruchamiając wyobraźnię o tym, co w środku. Ehh kocham Włochy:)
A potem już tylko uczta dla ciała- iście włoska kolacja z Aperolem, bo przecież radosne bycie razem w takich okolicznościach przyrody uczcić trzeba i późny powrót do domu (a w pociągu- „czółko”, czyli takie kalambury na skojarzenia, ale i na śpiewanie). Przechodzący Włoch widząc i słysząc nas mówi: „Jestem w niebie” haha. Tak w zasadzie, to i my trochę chyba się do niego, tego nieba w sensie, zbliżyłyśmy tego dnia. Werona kupiła nas. Oj kupiła! To był piękny dzień:)















































Werona piękna, to prawda:). Byłam już dwa razy i z każdym razem odkrywałam inne piękno tego miasta. Tym razem chodziliśmy po wąskich uliczkach zaglądając na liczne podwórka. Tam dopiero jest klimat:). Pozdrawiam:)
Piękne jest poznawanie nowym miejsc, kiedy można się w nich pogubić. Mam nadzieję, ze dane mi będzie jeszcze kiedyś zajrzeć do przyjeziornych podwórek:)
A ja, Madziu, miałam 2 podejścia nieudane do Werony. Raz nawet widziałam ją ze wzgórza i przejechałam przez miasto. Czyli, jak to się mówi, do 3 razy sztuka! Zachęciłaś. Jak zwykle.
Dziękuję! Za trzecim razem musi się udać! Werona to taka perełeczka. Tylko nie chciałabym tam być w sezonie…