Jedna ogarniała dom. Robiła zapasy na koniec świata i organizowała życie rodzinne. Druga przede wszystkim świadczyła mężowi wyuzdane usługi seksualne. Przyszła już z pewnym doświadczeniem w tej materii, mąż tylko podkręcił i ubogacił je o swoje zachcianki. Trzecia była wyjściowa. Taka, co to zabiera się ją do kawiarni. No i na pozór wszystko to funkcjonowało. No może jedna o drugą zazdrosna i się pokłóciły, ale i tak żyli jak w jednej wielkiej rodzinie.
Na pozór. Bo oto któregoś wieczoru ktoś morduje ich wspólnego męża. Co tam morduje- odcina przy tym palce i masakruje przyrodzenie. Podejrzana jest każda z żon, bo każda z nich miała swój motyw. Nie jest podejrzany nikt inny, bo mieszkali na pustyni, na totalnym odludziu, nieodwiedzani przez nikogo.
No i zaczyna się dochodzenie. I to oficjalne i to prowadzone przez żony. I tak wchodzimy płynnie w świat tradycji mormonów i ich strasznych tajemnic. Historia przedstawiona jest z punktu widzenia każdej z żon. Nie oszczędzają czytelnika i nie pozwalają zbyt szybko poznać swoich losów z życia „przed”. A że książka z pogranicza thrillera, to i mrocznie się robi bardzo.
Kiedy opowiadałam o tej historii bliskiemu znajomemu stwierdził krótko: „Jak ja chciałbym mieć więcej żon”. To było twierdzenie wywołane chwilą i bez większej refleksji, ale tak myśląc głębiej, to chyba w mężczyznach gdzieś taka potrzeba drzemie. Bo taki logistyczny podział obowiązków w rodzinie może się z pozoru wydawać całkiem atrakcyjny.
Mormoni żyją nadal często według swoich podstawowych zasad. I jest ich z 16 milionów. Wielożeństwo niby zabronione, ale tylko niby. Kiedy wczytałam się w reportaże na ten temat wyszło mi, że może i postacie fikcyjne w tej książce, ale cała przerażająca otoczka już nie. Kilkanaście lat temu niejaki Warren Jeffs, zwany prorokiem poślubił wszystkie żony swego ojca w liczbie 75. Miał jeszcze cztery swoje. 24 były nieletnie. Od maleńkości wpajano im zasadę: bądź uległa. Jesteś własnością męża. Gódź się na gwałt, głód, zrezygnuj ze swojego zdania. Wyobrażacie sobie ile w takich komunach było dzieci? Ile ze stosunków kazirodczych? Ile z gwałtu? Dzieci rodziły dzieci, które trzeba było likwidować. I likwidowali. A mężczyzna miał płodzić jak najwięcej, bo to mu miejsce w niebie dobre zapewniało. Przerażające to wszystko. Wiele z tego znajdziemy w tej książce.
Książkę przeczytałam w dużym napięciu. Bo historie kobiet tak stłamszonych i zniewolonych nie są łatwe. A odbicie w prawdziwych historiach, które działy się i dzieją po dzień dzisiejszy, jeszcze podbija to uczucie. Ja często zdaję sobie sprawę, że mam wiele powodów, żeby być wdzięczna. To, że nie mieszkam w stanie Utah i nie jestem jedną z wielu żon na pewno jest jednym z nich.
Polecam bardzo dla poszerzenia horyzontów.
Asiu- dziękuję:)
