Sycylia 2022, dzień I – Taormina

Italia, Italia! Znowu tu jestem! Ten luz, to słońce, ten transport, który zawsze wiąże się z dużą niepewnością czy i kiedy dojadę. I ludzie- uśmiechnięci i zawsze gotowi, aby pogadać z tobą w swoim ojczystym języku, chociaż wcale go nie znasz Masz wrażenie, że oddychasz jakoś inaczej, głębiej i więcej zmysłów na raz używasz.

Sycylia to było marzenie zimowe. Bo pogoda u nas do bani, bo sytuacja ogólnie nieciekawa, bo milion nie fajnych „bo”. A może by tak sobie zafundować swoiste zapomnienie na pięć dni? Takie pięć dni w innych, a na dodatek w pięknych przecież- o czym już za chwilę- okolicznościach przyrody. Pięć dni, które potrafią zdziałać w głowie cuda. 

Każda podróż powinna zaczynać się od dobrej ceny na bilety. Tak było i tutaj. I od marzenia, żeby coś nowego poznać, zobaczyć, doświadczyć. Tak było i tym razem. I przede wszystkim od dobrych kompanów do podróżowania. I takich doświadczyłam. 

To nie będzie przewodnik. To będą zapiski z podróży. Aby sobie na dłużej wszystko zatrzymać, a zainteresowanych być może i zachęcić do takiego wyjazdu. 

Zapraszam na Sycylię rozpisaną na pięć części. Dzień po dniu. Dla mnie rozpisaną idealnie. Częstujcie się do woli.

Możesz sobie rozpisać Sycylię jak chcesz. Ale jeśli zaplanujesz wszystko, a zobaczysz tylko część, to pewnie źle Ci z tym będzie. Tak więc nie planuję wszystkiego na ten wyjazd. Ale wszystko jest w przyszłości na mojej liście:)

W zasadzie nasz plan nie jest jakoś specjalnie wymagający. Jeśli ląduję w Katanii, to przez te kilka dni koncentruję się tylko na wschodnim wybrzeżu. Trochę po środku, trochę w górę, trochę w dół i trochę w głąb. 

Loty do Katanii są tanie, albo bardzo tanie. Nam udaje się załapać na ta drugą wersję. Włochy witają nas słonecznie już o 9.00 rano. Mamy przed sobą calusieńki dzionek. Adrenalina, oczekiwanie i radość są tak wielkie, że zmęczenie poczujemy dopiero późnym wieczorem. 

Póki co Katania staje się tylko naszym „punktem przerzutowym” do Taorminy. Dzięki Bogu, bo to, co zdołamy zauważyć przy wyjeździe z tego miasta nie nastraja jakoś specjalnie. 

Do Taorminy jedziemy sobie autobusem lokalnym chyba z 1,5 h. Widoki- no cudo. Ponad wszystko góruje ona- sycylijska mamma Etna- ta najważniejsza pani Sycylii. Całkiem dostojna. I zaśnieżona. Przypomina o sobie wszędzie. A obok niej góry, pagórki, doliny i wąwozy. Nie możesz człowieku oderwać wzroku. I tylko śmiało pomykający kierowca busa przypomina Ci, że wypadałoby się trochę pobać, bo nikt przy zdrowych zmysłach nie wchodzi aż tak w zakręty. Normalny człowiek nie mija aż też tak blisko drugiego pojazdu. Tylko na początku hamuję z kierowcą. Potem już nie, bo ileż można. Przecież to ich codzienność. Oni nawykli do takiej jazdy. To dlaczego akurat mój autobus ma wpaść w przepaść? No. To się nazywa kojące myślenie haha.

Taormina wita nas pięknie. To takie nasze Międzyzdroje, tylko urodą nieporównywalne. Zjeżdża się tutaj na lato śmietanka nie tylko sycylijska. A o tej porze jest spokojnie. Chcemy poznać to miasteczko, jego kultowe miejsca, posmakować tego, co na Sycylii spróbować trzeba. I przycupnąć na dłużej tam, gdzie szczególnie pięknie. Ot i cały nasz plan na dziś!

 

Ale zanim to wszystko, to ja muszę o naszej miejscówce napisać. Muszę, bo to właśnie jest folklor włoski. Szukając noclegów zamówiliśmy apartament z trzema sypialniami. Jest nas czwórka- jedna para i jedna nie- para. Każde z nas miało mieć swój pokój. Pan właściciel. Sprytnie przeliczył sobie, że jak cztery osoby, to po co trzy sypialnie i jedną po prostu zamknął. Bo nie powiedziałyśmy, że nam potrzebna. Proste? No nie? Wynajmujesz całe mieszkanie i za całe płacisz, a tutaj część niedostępna, bo tak. Haha. Wrzuć na luz przekraczając granicę Włoch. Uwielbiam ten luz i ten niezobowiązujący tok myślenia Włochów. I bezproblemowość, bo przecież klucz jest gdzieś w mieszkaniu. Trzeba tylko poszukać.

A sama Taormina? Urokliwe placyki, fontanny, długa ulica wokół której koncentruje się życie mieszkańców, kościoły- takie sobie i ogrom kafejek barów i restauracji z lokalnym, jakże pysznym żarełkiem. I słońce, słońce, słońce. Jak mi tego było potrzeba!

Główny punkt programu na dziś i spełnienie mojego marzenia, od którego wszystko się zaczęło, to teatr grecki. Zobaczyłam go kiedyś na jakiś zdjęciach i powiedziałam sobie: Muszę tam być”. Uwielbiam takie rozmowy sama ze sobą haha. Bo są prowokujące. I sprawcze.

Teatr położony jest tak, że dech w piersiach zapiera. Tutaj panuje taka dostojność dłuższej chwili. Ludzi niewiele, jest ciepło i cicho. Widok z ruin na Morze Jońskie powala. Nie wiem ile tam siedzimy i kosztujemy dolce far niente- słodkiego lenistwa. W takim momencie prosisz Najwyższego: „Chwilo trwaj”! I już wiesz, że nikt i nigdy nie zabierze Ci tego przeżycia. I tego, co w tym miejscu doświadczasz.

Po słodkim teatralnym zagapieniu idziemy „w miasto”. Trafiamy do kultowego baru „Bam bar”, który słynie ze swojej kultowej granity (deser podobny do sorbetu, ale sorbet z wody i owoców mrożonych, a tutaj dla odmiany z owoców świeżych. Ale i tak wszystko mocno schodzone). A rozsławił go zespół Il volo, który po koncercie w teatrze greckim https://www.youtube.com/watch?v=v6wHehWLlaw trafił właśnie do tego baru. I nagrał tam filmik. Pan kelner słysząc, że jesteśmy z Polski stara się komunikować z nami w naszym języku. Granita truskawkowa przepyszna, podobnie jak wszystko inne. A my przy tej okazji zaglądamy do małej bocznej uliczki artystów. Tworzą nie tylko na budynkach, ale również na swoich skuterach. Eh pięknie jest!!!

Przed nami pierwsza kolacyjka na włoskiej ziemi. Chwilo trwaj!!! I to jak najdłużej!!!

Ten post ma jeden komentarz

  1. Ewelina

    No właśnie, chwilo trwaj!!!
    Niezapomniane piękne chwile?będę teraz przeglądała zdjecia, wspominała smaki i zapachy.
    A włoskie myślenie ….. może kiedyś się przestawimy ?

Skomentuj Ewelina Anuluj pisanie odpowiedzi