Wzięty pisarz Nathan Fawles po swojej genialnej trzeciej książce ogłasza, że to już koniec. I więcej nie będzie. Wyjeżdża na małą wysepkę, gdzie każdy mieszkaniec zna każdego, kupuje dom na jej krańcu i zaszywa się w nim na 20 lat. Pewnego dnia w jego twierdzy pojawia się Mathilde, młoda dziennikarka, która za wszelką cenę próbuje wkraść się w jego łaski. Na wyspę przyjeżdża również pretendujący do profesji pisarza młody człowiek, któremu z kolei zależy na opinii Nathana, bo poczynił swoją pierwszą książkę, a nikt nie chce jej wydać. Spokojne i przewidywalne do bólu życie pisarza wraz z pojawieniem się tych dwóch osób zostaje zepchnięte ze swoich torów. Do tego wszystkiego pojawia się jeszcze trup.
I co? I nic. Brak magii. Przede wszystkim. A potem brak wszystkiego, co tworzy markę Musso. I w ogóle zastanawiam się, czy on to pisał, chociaż styl ten sam.
Chyba panie Musso czas na dłuższą przerwę i poszukanie inspiracji w innych kręgach. Jak ktoś chce Musso, to niech czyta „Jutro” i „Potem”. Cudowne.
