„November 9” Colleen Hoover

Może czytaliście książkę lub oglądaliście kiedyś film „Jeden dzień” z Anne Hathaway. Jeśli tak, to będziecie wiedzieli już mniej więcej o czym piszę. Akcja książki zbudowana została na bardzo podobnym pomyśle – naszą prawdopodobną miłość życia spotykamy przez kilka lat tylko raz w roku w tym samym dniu- tutaj chyba nikogo nie zdziwię, że jest to 9 listopada😊 I tak oryginalnie ze spotkania na spotkanie się w sobie zakochujemy. Zakochujemy szargani skrajnymi emocjami, bo ci potencjalni zakochani to osoby zranione na ciele i duszy. Ze skrywanymi tajemnicami. Okrutnymi. Takimi na całe życie.

Czytając mamy wrażenie jak zawsze u Hoover, że to takie romansidło. W ¾ książki następuje jednak zwrot i książka niekoniecznie nadal jest romansidłem. I jak to u Hoover czasami boli, czasami rozśmiesza, czasami zbyt ckliwa, czasami banalna.

Mimo rewelacyjnych opinii- dla mnie przeciętna. Nic nie pobije „It Ends with us” albo „Mayby someday”. Myślę też, że to pozycja dla młodzieży wchodzącej w wiek dorosły, która inaczej odbierze fakt, że główny bohater mając 18 lat przedstawia się jako pisarz, mimo, że jeszcze żadnego utworu nie poczynił. Ale właśnie w tej chwili zamierza zacząć.
Ale nie odradzam, bo jeśli ktoś lubi Hoover, to i na mankamenty tej książki przymknie oko.

Dodaj komentarz