Jesienne kino- naga norweska „Nadzieja”
I nie chodzi tu bynajmniej o golasów latających po ekranie. Norwedzy poczynili film o tytułowej nadziei pozbawionej nadziei. Kino tak nagie, bo bez żadnych ozdobników. No może w tle gdzieś tam muzyka. Poza tym całej historii nie upiększa nic.
Ona krótko przed Wigilią dowiaduje się, że ma guza mózgu- prawdopodobnie przerzut z płuc. Mało tego nieoperacyjny- przynajmniej na to wygląda. Wstępnie dostaje jakieś trzy miesiące życia. On płacze jako pierwszy po usłyszeniu wyroku. Nie wie jak pomóc i jak się zachować. W niej chyba cały czas tli się nadzieja na cud, skutecznie zabijana przez otoczenie. I jeszcze dzieci- im też trzeba powiedzieć.
W pewnym momencie oboje zdają sobie sprawę, że tak naprawdę przez 20 lat żyli koło siebie i każde z nich przeżywało inne życie. A życie sobie w tym czasie myk, myk, myk- uciekało, aż w końcu zrobiło im stop klatkę. Nadszedł czas na zadanie sobie tych najważniejszych pytań. I udzielenie bolesnych odpowiedzi.
Kino zimne, do bólu realistyczne, takie, które wbija w fotel i każe przeżywać każdy dramat bohaterów i każdą ich radość. Trudne, nie poprawi humoru, ale zrobi widzowi porządną stop klatkę na dłużej.
