Pewnie znacie „Oskara i panią różę”. To właśnie cały Schmitt- słowa, które często chce się czytać po trzy razy i dotykają człowieka tak, że aż boli. Po wyżej wspomnianej książce zaczęłam zagłębiać się w Schmitta bardzo. Przeczytałam chyba wszystkie jego opowiadania. I to dzięki niemu polubiłam w ogóle taką formę literatury. Cudne, cudowne i nie dla wszystkich.
Niektórzy mogą uznać, że przynudza, że za dużo opisów i przemyśleń. A to trzeba po prostu spróbować. Sięgnijcie po „Małżeństwo we troje”, „Marzycielkę z Ostendy” czy dużo dłuższą formę „Papugi z placu d’Arezzo”. Poczytajcie lub zobaczcie w teatrze „Małe zbrodnie małżeńskie. I odkryjcie „drugie dno” tych historii.
A teraz o „Madame Pylinska i sekret Chopina”. Krótka, króciutka książeczka na chwilę. Bardzo osobisty spis wspomnień Schmitta. Autor wraca we wspomnieniach do czasu, gdy miał 9 lat i za sprawą cioci Aimee odkrył piękno muzyki Chopina. Będąc 20-latkiem zaś postanowił doskonalić swój warsztat u tytułowej Madame Pylinskiej, Polki. I szło mu opornie. Ale trafił na nauczycielkę, która w naturze miała niekonwencjonalne metody nauki. I tak poprzez zadania dodatkowe wyrabiała w nim wrażliwość, ale i potrzebny dystans. A zadania były bardzo różne. Pewnego razu zapowiedziała mu np., że ma przyjść na lekcję po spędzeniu upojnej nocy z dziewczyną. Oburzony wyszedł od nauczycielki, by jednak nie zaprzestać lekcji u madame Pylinsky skrupulatnie wykonywał jej zalecenia. Rezultaty okazały się zaskakujące.
Mnie książka nie zachwyciła jako całość. I na początku trudno było mi wejść w tą specyficzną atmosferę. Ale po kilku ładnych minutach, wciąga, każe się uśmiechać i zastanowić nad tym, jakie drzwi otwierają nam kolejne zdarzenia w naszym życiu. Mądra opowieść o tym, żeby nie zaprzepaszczać swoich talentów, ale też nauczyć się je odkrywać.
Dla tych, którzy nie mieli jeszcze do czynienia ze Schmittem polecam najpierw „Oskara i panią różę”, a potem koniecznie „Marzycielkę z Ostendy”. A potem wszystko inne, co napisał.
