Czy po latach warto znowu skosztować „Zupę nic”?

Myślę, że po tym filmie każdy zajrzy do internetu szukając przepisu na „Zupę nic”. Taki mleczno- waniliowy zapach dzieciństwa do wyczarowania w kilka chwil i zjedzenia z dużą dozą sentymentu.

Ot i cała kwintesencja filmu zawarta w tym jednym powyższym zdaniu: klimat dla jednych dzieciństwa, dla innych młodości, dla jeszcze innych dojrzałości- w zależności od tego, ile lat mieliście 35- 40 lat temu- wyczarowany w kilka chwil, do skonsumowania z ogromnym sentymentem.   

Oto mamy sobie rodzinkę. Całkiem zwyczajną w czasach komuny. Żyją w małym mieszkanku z mamą/teściową. I borykają się z codziennymi problemami tamtych czasów: a że kartki tatuś- wracając nierównym krokiem z pracy i w dodatku przed świętami- zgubił, a że mieli kupić stół, a tylko tapczany przywieźli, więc z dumą wziął. Tyle, że nie ma go jak upchnąć już wcale. A że inni już na handel jeżdżą, bogacą się i krewetki jedzą, a oni z niewiedzy co to z ogonem je wsuwają. Jednym już się udaje sprzedawać lisy na Węgrzech, a inni ciągle jeszcze pędzą bimber w zaciszu domowym, potajemnie zazdroszczą do momentu, kiedy nie wylosują talonu na malucha. W jakim kolorze by on nie był i tak będzie największym skarbem całej rodziny.

O tym jest ten film. O tym jak było i co było. Nie ma tam żadnej sensacji, choć sceny kontroli na granicy trochę jednak takie są haha. Czasami mamy wrażenie, że to nie całość, tylko zlepek różnych wątków okresu peerelu. 

Dla tych, którzy pamiętają choć trochę z tamtych czasów- rewelacyjny powód do tego, aby powspominać to, co może już wyszarzało w miarę upływu lat. Tutaj znowu wszystko nabiera kolorytu. Co do młodszej widowni- wychodząc z kina słyszałam jak mama zapytała córkę- ok. 12 lat: „I jak Ci się podobało”? „Eeee, nie było się z czego śmiać”. Ten film to bardziej podróż sentymentalna dla starszych niż poznawcza dla młodzieży. Zachęcam😊

Dodaj komentarz