„Córka”

Pani profesor wyjeżdża sobie na wakacje na grecką wysepkę. Chce się skupić na pracy naukowej i odpocząć. Jest sielsko, anielsko. Przez pierwsze godziny. Bo już następnego dnia pojawia się w ośrodku ogromna rodzina, wyglądająca na mafijną, która dominuje wszystko. Cała plaża należy do nich. I bar i kino też. Jest cholernie głośno. Imprezy dorosłych i płacz dziecka. Bo mała dziewczynka najpierw się gubi i przeżywa traumę, a potem gubi swoją lalkę i trauma narasta. Matka ma jej po prostu dość. Przyjechała w końcu na wakacje, a mała daje takiego czadu, że ma ochotę chyba ją po prostu komuś oddać.

Pani profesor obserwuje rodzinkę w mniejszą lub większą irytacją. Ale szczególną uwagę wzbudza dziecko. Wywołuje wspomnienia własnego macierzyństwa, przywołuje uśpione historie i smutek połączony z żalem.

Kandydatka do Oscara. Chyba nawet trzykrotna. Olivia Colman, którą uwielbiam za rolę w „Ojcu”, „Faworycie” i kilku innych. Tutaj film jednej aktorki. Właśnie jej. I ogromy ciężar tematyczny- macierzyństwo. Na tym filmie nie rozerwiesz się ni trochu. Poczujesz przytłoczona- oj tak.

Bo świat wychodzi z założenia, że jak już kobieta w łonie ma dzieciątko, to z automatu rodzi się instynkt macierzyński. Dziecko przychodzi na świat i kobieta ma zapomnieć o sobie, bo przecież jest maleństwo. A maleństwa wymagają uwagi, opieki i stałego bycia tylko dla nich. I kłóci się to z karierą naukową i pragnieniem bycia również sobą, a nie tylko matką.

Film odważny, szczery, pozbawiony jakichkolwiek ozdobników. Trudny w odbiorze poprzez latającą kamerę, zbliżenia, zatrzymania. Nie dla wszystkich. Dla mnie- i tutaj pójdę pod prąd z ogólnymi opiniami- trochę jednak za dużo tych przeciągających się momentów. Wiem, że to służy podkreśleniu, ale chyba mogło być tego ciut mniej.

Ocena:
6.5/10

Dodaj komentarz