Brit Bennett „Moja znikająca połowa”

Dwie czarnoskóre kobiety w środku, a na zewnątrz bliźniaczki o jasnej karnacji.  Wychowują się w małej wioseczce bez perspektyw. I ten brak perspektyw najbardziej każe im uciekać. Niepełnoletnie- bo szesnastoletnie- trafiają do  Nowego Orleanu. I tam ich drogi się rozchodzą. 

Jedna z nich- pogodzona ze sobą i faktem, że los spłatał jej figla i nie jest czarnoskóra, chociaż być powinna, wiąże się z czarnoskórym gościem z którym ma córeczkę. Druga- ta niepogodzona z losem i ciemnością serca, postanawia, że będzie biała nie tylko na skórze, ale w mózgu też sobie poprzestawia. I nie będzie lubiła tych czarnych. Wychodzi za mąż całkiem dobrze i rodzi białą córkę. Cała reszta wychodzi jej tak sobie. 

I wszyscy żyją sobie w swoich sztucznie stworzonych światach do mementu, kiedy obie kuzynki o różnych kolorach skóry nie spotykają się. I ta czarna przekazuje tej białej wszystko, co wie na temat ich matek. A że czasy bardziej sprzyjają temu, żeby czarną kuzynka pomiatać niż ją uznać, tak też robi jej biała kuzynka. Ale ziarno niepokoju zostało zasiane.

Ta historia to tylko pretekst do ukazania całego tła nienawiści w stosunku do rasy czarnej. Braku tolerancji, perspektyw, poniżania i likwidowania czarnoskórych. Idąc dalej to problem tożsamości i samoakceptacji. A do tego piętno złych przeżyć z dzieciństwa. Nazbierało się tego trochę….

Książkę czytałam na raty i długo. Jest tak smutna, że trzeba trafić w dobry okres u siebie, żeby smutek nie powalił. Czasami miałam wrażenie, że niektóre wątki są niepotrzebne i nie do tej książki, ale to moje osobiste bardzo odczucia. 

Na pewno warto. Na pewno książka głęboka. I na pewno o tym, że jedno wydarzenie  może wywołać totalnie różne reakcje- u każdej osoby skrajnie inne- jedną wzmocnić, drugą osłabić. U jednej wywołać bunt, u drugiej akceptację. Bo tak różni jesteśmy przecież.  Wielkie nawoływanie o tolerancję i akceptację różnorodności.

Dodaj komentarz