„Boscy”- czyli burzliwe filmowe spotkanie różnych EGO

Co może wyniknąć ze spotkania czterech silnych EGO? To pierwsze EGO, które inicjuje kolejne zdarzenia, jest dosyć proste do zaspokojenia. Milioner u schyłku swojego życia dochodzi do wniosku, że nie chce być zapamiętany tylko i wyłącznie jako właściciel ogromnej firmy farmaceutycznej, który od zera dorobił się majątku. Pragnie, żeby coś po nim zostało. Na przykład jakiś most w ważnym miejscu, który zasponsoruje, a oni nazwą go jego imieniem. Albo też na przykład film. Nieważne o czym będzie, ważne, żeby książka na podstawie której go nakręcą była znana, reżyser najlepszy i aktorzy też. I równie nieważne jest, że książki nawet nie przeczytał, nie musi. Zatrudni najlepszych, żeby przenieśli ją na ekran. I zapracowali na jego dobre imię. Na wieki.

I tym oto sposobem dochodzi do spotkania tych rzeczonych najlepszych: najlepszej reżyserki Loli- ekscentrycznej, znanej ze swoich niekonwencjonalnych metod pracy z aktorami (genialna Penelope Cruz) i dwóch skrajnie różnych aktorów Felixa i Ivana (Antonio Banderas i Oskar Martinez). Ale obaj oczywiście boscy. Reżyserka ma swoją dokładnie sprecyzowaną wizję dzieła. Jej film musi być dopracowany w każdym skinięciu oka aktora. Wystawia więc na cierpliwość doświadczonych i uznanych panów o ogromnym EGO, różnie co prawda przejawiającym się, ale wszechobecnym, każąc powtarzać im np. wiele razy ich kwestie. Nie dopuszczając ich interpretacji. Zmuszając do działań wbrew sobie.  Stosuje bardzo kontrowersyjne metody, które mają wywołać w panach prawdziwe emocje, co pozwoli im zagrać „na prawdę”.

A obaj aktorzy? Cóż tutaj spotyka się taka różnorodność, że bardziej nie można: stare z nowym, pokora z pychą i do tego zazdrość z zazdrością. Każdy z aktorów próbuje pokazać, że jest lepszy od drugiego, każdy chce się bardziej przypodobać Loli. I w pewnym momencie wydaje się, że zespół takich bohaterów jednak nie ulepi wspólnego dzieła. A tu jednak próby dobiegają końca i hucznie ogłoszone zostaje rozpoczęcie zdjęć. I wszystko byłoby dobrze, gdyby nie pewne zdarzenie, które zaważy na losach filmu.

Jaki to dobry film. Kino hiszpańskie, super scenariusz i świetni aktorzy. I do tego duża dawka humoru- niewymuszonego absolutnie- oj były momenty, kiedy uśmiałam się! I do tego ten komizm sytuacyjny na na prawdę dobrym poziomie.

No dobra. To teraz tak na serio- o czym jest ten film? Bo przecież takich historii nie opowiada się ot tak. To film o świecie celebrytów, którzy nie do końca rozróżniają, kiedy schodzą z planu. O ich wybujałych EGO, każącym im nieustannie stawiać na swoim i ogłaszać światu każdy kawałek swojego życia. O fanaberiach i wymaganiach względem innych. O całej otoczce ich bytności- asystentach, sprowadzanych do roli służących, równie dobrze udających jak i oni, kolejnych kochankach, rzeczowych zbytkach, podkreślaniu swej ważności przez ciągłe: „A niech sobie poczekają na mnie”. Wielkich i beznadziejnych konferencjach prasowych, bezkompromisowości i zakłamaniu.

No nazbierało się tych wątków trochę. Jeśli więc lubicie trochę bardziej ambitne komedie, niż te, gdzie wybucha się śmiechem po kolejnym wymuszonym przekleństwie, a tematyka Was ujmuje, to ja polecam.  

Ocena:
7.5/10

Ten post ma 2 komentarzy

  1. Ania

    No i chyba się wybiorę!

Dodaj komentarz