Zamarzyły mi się trulli- czyli Alberobello, Locorotondo- Apulia 2021, cz.I

Cieszyłam się jak dziecko na wieczorną bajkę, w której wszystko niemożliwe staje się możliwe. Główny punkt wyjazdu i ogromna potrzeba, żeby zatrzymać każdą chwilę. Albo się nią podzielić. Zatrzymałam wszystko, co mogłam na zdjęciach, teraz przyszedł czas na dzielenie się. Tak więc po kolei.

Mimo, że Bari (w którym nocujemy i które jest naszą bazą wypadową) 1. ma cztery dworce kolejowe posadowione przy jednym placu obok siebie i każdy z nich przynależy do innego operatora, który z kolei też nierzadko ma swoje tory, 2. szczyci się peronem widmo- bo ma ich oficjalnie 10, a z 11 też odjeżdżają pociągi, 3. ma również różne miejsca z których odjeżdżają autobusy, a które nie do końca i zawsze mogę nazwać przystankami i nigdy do końca nie wiesz o której godzinie autobus odjedzie, bo rozkładu brak, a ten i tak niewiele by wniósł do całości zagadnienia haha, to i tak logistycznie jest nieźle. Przeżyłam już we Włoszech dużo większy folklor.

Do Alberobello, bo tak nazywa się miejscówka trulli, wyruszamy autobusem. Takim zwykłym za 3 euro. Kolejka długa jak cholera i już wiadomo, że ludziska się nie pomieszczą. Ruchem osobowym prawie że zaczynają kierować jakże przystojni policjanci, którzy nie wiadomo skąd po prostu tam są. Szybko też przewoźnik organizuje kolejny autobus. I wszyscy szczęśliwi wyruszają w drogę.

Problem po przyjeździe na miejsce polega na tym, że nie ma jako takiego dworca autobusowego i nie wiesz zupełnie skąd będzie odjeżdżał akurat ten autobus, którym chcesz jechać dalej, albo wrócić. A jeszcze ciekawiej sytuacja wygląda z zakupem biletów. Jeśli już przestawisz się na włoski luz, to wiesz, że trzeba szukać biletów albo w kawiarni, albo w księgarni, albo na stacji benzynowej, albo w barze (dużo tych „albo” się pojawiło), ale jak masz mało czasu i szczęścia, to może to poszukiwanie zająć ci całkiem dużo czasu. Ale o tym później.

Póki co my dopiero wsiadłyśmy do autobusu. Tego drugiego dodatkowego- dodam.  Po drodze mijamy przepiękne gaje oliwne. Przepiękne. To stąd pochodzi 2/3 oliwy z oliwek, jakie importują Włochy. W gajach oliwnych już widoczne są domki trulli, które mają w tych miejscach charakter gospodarczy, ale widoczne są też duże domy mieszkalne z charakterystycznymi smerfowymi dachami. Cudowne widoki.

Po około godzince wysiadamy w małej mieścinie, w której wszystko jest trullowe. Domek przy domku. Okrągłe albo na planie prostokąta. Ze śmiesznymi daszkami. Kiedyś budowali je biedni ludzie, rzemieślnicy i gospodarze. Budowali bez zaprawy, aby szybko moc rozłożyć je na części pierwsze i kiedy pojawiali się kontrolerzy nie płacić podatków jak za budynek mieszkalny. Dziś można w nich zamieszkać, kupić je sobie i wyremontować pod okiem konserwatora albo po prostu wybrać się na długi spacer i podziwiać ukryte zaułki. Podobno jest ich ok. 1400 tylko w tym miejscu. I robią mega wrażenie.

Żeby nie było za idealnie: nie wyobrażam sobie być tam w pełnym sezonie. W niepełnym było dużo ludzi, a tłumy latem- hmmm chyba nie dla mnie.

Ale wracając do trulli. Bardzo warto wejść na dach któregoś z nich i popatrzeć sobie na świat z góry. Bardzo warto usiąść przy specjałach włoskich i pogapić się na domki i turystów. Bardzo warto przyjechać rano, pokosztować widoków, pojechać do sąsiedniego Locorotondo i wrócić, kiedy słońce chyli się ku zachodowi, jest mniej ludzi i biel staje się jakaś taka magiczna. Magiczne miejsce do spełniania sobie marzeń.

‌I to jest dobry plan. Nasycone widokami jedziemy do Locorotondo. Chcemy jechać autobusem, ale niestety nie wiadomo, z którego miejsca odjeżdża. I przez przypadek spotykamy pana, który mówi, że bilety przecież kupuje się na stacji benzynowej. A autobus przecież też tam staje. Jakie to proste….  Interakcja z mieszkańcami, którzy akurat nie za bardzo komunikują po angielsku, ale pomóc chcą bardzo, jest świetna!

Locorotondo to miasteczko położone całkiem niedaleko Alberobello. Jest okrągłe -stąd to rotondo. Jest oczywiście białe, ma ładne zaułki w sam raz na dobra kawkę. I sprawia wrażenie super spokojnego. I tyle. Nie ma tutaj żadnej przewodniej atrakcji, ale za to jest  klimatycznie. I można posiedzieć sobie na pufkach w winnicach i pokosztować wina kosztując widoków. Takie kosztowanie dwa w jednym. Można poszwędać się wąskimi uliczkami wśród kwiatów i ozdobnych sklepików. tak na 2-3 godzinki spokojnego spaceru. 

A potem trzeba wrócić do Alberobello. I zawekować sobie dobrze to, co tam odczuwamy.

Eh jaki piękny to był dzień. I na koniec napiszę po raz kolejny: trzeba sobie spełniać marzenia. Koniecznie. Same rzadko się spełniają. A ja właśnie sobie moje własne spełniłam.

Ten post ma 15 komentarzy

  1. Ania

    Cudna relacja. Ja też chcę do Alberobello! Wasze zdjęcia są genialne. Oddają magię miejsca… Czekam na dalszą relację

    1. Magda i Tomek

      Dziękuję, dziękuję, dziękuję:) i oczywiście bardzo namawiam:)

  2. Anonim

    Od dawna marzyłam i za tydzień tam będę.
    Dziękuję za wspaniałą relację.

    1. Magda i Tomek

      Dziękuję za uznanie! I przyjemności bez liku życzę z całego serducha:)

    2. N

      Ja również nie mogę się doczekać wyjazdu już za tydzień ?może będzie szansa się spotkać

  3. Anonim

    Wow, jestem pod wrazeniem!

  4. Agata

    Super relacja! Czekam na kolejne-tym bardziej, że w piątek tam będziemy 🙂

  5. Anonim

    Cudowna relacja, zdjęcia urocze.Oddany klimat.Ech tylko jechać…

  6. Anonim

    Byliśmy, polecamy, szczególnie wieczorem.

Dodaj komentarz