III Babski Wylot- czyli wycisnąć 100% Toskanii z Toskanii
Dzień IV- Siena, San Gimignano, Siena
Cudowne włoskie śniadanie. W cudownej włoskiej „śniadodajni”. Pan śpiewa podając Ci kawę. Ech, żeby tak każdego dnia ktoś podawał Ci śniadanie ze śpiewem na ustach w dodatku…
Rozmarzone zbieramy się w sobie. Planujemy wybrać się do San Gimignano inaczej zwanym średniowiecznym Manhattanem. Miasto wież, najlepszych lodów na świecie (nawet certyfikat mają!) oraz najcudowniejszych widoków w Toskanii. Bilety zakupujemy u Pani w okienku, która też reaguje zdziwieniem „ile?”, autobus odjeżdża punktualnie, po trochę więcej niż godzinie jesteśmy na miejscu.
Od razu je widać. Są najbardziej charakterystyczne dla tego miejsca- czworokątne wieże. Dawniej było ich aż siedemdziesiąt dwie, a do dziś pozostało zaledwie czternaście. Wieże o różnej wysokości powstawały w większości na prywatne zamówienie. Budowle miały charakter obronny. Ale oczywiście jak to w życiu bywa im więcej pieniędzy, tym wyższa wieża. Im wyższa wieża tym bardziej wpływowa była rodzina, dla której ją wybudowano. Aż wreszcie ratusz wybudował największą i zakazał budowania wyższych. Oczywiście nikt już wtedy nie chciał budować. I tak zostało San Gimignano po dziś dzień z pustymi wieżami, a właściwie nie pustymi, bo w każdej z nich mieści się… barberi- zakład fryzjerski. W ciągu dnia świecący pustkami, wieczorem przy goleniu bród przepełniony rozmowami o wszystkim.
Z praktycznego punktu widzenia wieże chroniły zamieszkujące je rodziny przed najazdami i napadami, częstymi w tej okolicy w XII i XIII wieku. Mieszkańcy chronili się na wyższych piętrach wciągając za sobą drabiny, co w znacznym stopniu utrudniało grabieżcom dostanie się do środka.
Chłoniemy atmosferę przeuroczego miasteczka, dając sobie czas na powolność.
Wieczorem rozleniwione czekamy na autobus. Nie ma budki z biletami, dostajemy informację, że bilety trzeba kupić u kierowcy. Tak więc po krótkiej zbiórce pieniędzy „ładujemy się” do autobusu całkiem zadowolone z życia. I wtedy okazuje się, że bilety można kupić w automacie, który znajduje się i owszem w autobusie, ale dopuszcza tylko zapłatę kartą, a co najważniejsze- jedną kartą można zapłacić tylko za JEDEN bilet. Kierowca po włosku tłumaczy nam, że on musi już jechać i że mamy płacić kartą każda za siebie. Problem w tym, że większość ma gotówkę, a jak próbujemy odbić drugi raz kartę pali się czerwone światełko i nie puszcza płatności. Jeszcze lepsze jest, że nie ma wydruku biletów, więc w razie kontroli nie wiem co zrobimy. Dzięki Bogu niektóre z nas mają po dwie karty, w ten sposób udaje nam się kupić… 13 biletów. A jest nas 14. Autobus- chyba już cały- dzielnie nam kibicuje. W końcu lituje się jakaś pani. Daje nam swoją kartę, a my oddajemy jej gotówkę. Ufff. Prawie spodziewałam się oklasków ze strony pasażerów. Włochy zaskakują w najmniej oczekiwanym momencie….
Wracamy do Sieny. Przed nami wieczorno- nocy spacer. Nie będę oryginalna, jeśli napiszę: to był cudowny dzień




















