Siena to siedemnaście contrad czyli dzielnic. Każda inna, wyjątkowa, jak jej mieszkańcy. Łączą je teoretycznie dwa bardzo szczególne dni w roku- palio. Wyścigi konne na głównym placu Il Campo. W praktyce przygotowanie do wyścigów trwających notabene ok. 90 sekund to proces kilku tygodni- omawiania, podkupywania, strojenia. Wreszcie losowanie koni. Bo koń dzielnicy nie jest wierny. Wierny jest ten, co go bez siodła przez te półtora minuty ujeżdża. A w całym palio nie o jeźdźca zupełnie chodzi. Bo koń może dobiec do mety nawet bez niego. To on jest najważniejszy.
Palio było tydzień wcześniej. Pozostały zdjęcia w prawie każdej wystawie sklepowej i filmiki puszczane w prawie każdej knajpce. Przystrojenie uliczek w barwy charakterystyczne dla danej contrady, to element stały.
Ale dzisiaj spotykają się przedstawiciele różnych contrad w swoich tradycyjnych strojach, by świętować oficjalne wcielenie dzieciaczków w swoje szeregi. Świętują wszyscy mieszkańcy idąc w pochodach. Każda contrada oddzielnie.
Dobra. Contrady, il Campo i palio mamy już w miarę opanowane. Pozostał nam niewątpliwy piękny symbol Sieny- katedra. Jedna z najpiękniejszych we Włoszech. Stara, staruteńka, bo z XIV wieku. Upał niemiłosierny, podobnie jak kolejka. Bilet jaki kupujemy uprawnia nas do wejścia do katedry, biblioteki, baptysterium, oratorium, krypty i punktu widokowego.
Po co iść do katedry? Z zewnątrz już jest przepiękna- wystarczy chyba? No nie bardzo. Jest w tej katedrze coś wyjątkowego. Po pierwsze oczywiście jej monstrualne rozmiary. Po drugie posadzka- 56 mozaik przedstawiających sceny biblijne, batalistyczne, albo niepowiązane ze sobą, tworzona w okresie bagatela 400 lat przez różnych rozumie się artystów. Przez większą część roku posadzka pozostaje przykryta. Podziwiać możemy ją w miesiącach wakacyjnych. Przeraża i zarazem ujmuje rzeź niewiniątek na przykład.
Ale w katedrze wzrok trzeba podnieść nieco wyżej. Bo tam Donatello, Michał Anioł, Bernini. Crème de la crème dla tych, co to się znają i dla laików też.
Co warto jeszcze w Sienie? Po prostu się gubić i wracać za każdym, razem na przecudny plan il Campo. Piękne miasteczko, cudowny klimat.
A my powoli przemieszczamy się na zachód słońca do Florencji.
Nie ma sensu mieć we Florencji samochód. Parkingi drogie i zajęte, a w wielu miejscach strefy, do których i tak już nie wiedziesz. Więc zdajemy samochód i wychodzimy do miasta, w którym termometry pokazały po południu 42 stopnie. I nic to, że wieczór nadchodzi. Mury zaczynają oddawać ciepło, a tłumy, prawdziwe tłumy turystów nie pozwalają swobodnie oddychać. Kontrast do Sieny ogromny. Nie zmienia to faktu, że zachód słońca trzeba przeżyć na Placu Michała Anioła z widokiem na całą Florencję. Z lampką albo butelką czegokolwiek w ręce gapić się na to, co człowiek stworzył, a natura pięknie ubarwiła.
Toskańskie klimaty właśnie zamieniliśmy na florenckie. I też jest pięknie!






























