Wyszków. Znamy z różnego rodzaju zdarzeń. Różnego kalibru. Ale takiego kalibru jeszcze nie było. Bo niepodzianie, pewnego z pozoru całkiem normalnego dnia na Wyszków spada plaga pandemii zwanej KOWID-em. Najgorsze oczywiście jest to, że jest to choroba bezobjawowa. Więc trudno ją zidentyfikować. Natychmiast na te odkrycie reaguje włodarz miasta, niejaki Bredzisław Galareta. Jest wszędzie, sprawia pozory panowania nad sytuacją. W gruncie rzeczy celem jego oczywiście jest wyolbrzymienie całości po to, aby: zastraszyć/ zniewolić/ pokazać jak bardzo walczy. Z pandemią czy przeciwko mieszkańcom? Chyba w tej całej sytuacji jest najmniej ważne.
Jako świadomy siebie włodarz wie, że eksperci- tacy z krwi i kości- nie są mu potrzebni. Potrzebuje człowieka, który stanie się samorządową marionetką lansowaną przez burmistrza na eksperta pierwszej jakości. Nie ma lepszego kandydata niż ginekolog Krzysztof Pączek. A że głupi? No nie o to w tej szopce przecież chodzi. Przecież można wrzucić do maszyny losującej odpowiedzi, które dopasuje do zadawanych pytań. I już.
I kiedy obaj panowie już mają swój całkiem sprytny plan na drodze staje im ksiądz Wiesław Trzepiekoński. Oburzony, że ludzie mają siedzieć podczas pandemii w domach, a tu akurat święcenie jajek się zbliża. Kasa ucieka. Próbuje więc wszystkim udowodnić, że w kościele pandemia nie za bardzo działa. Zresztą sam ma glejt wystawiony sprytnie i może chodzić do kościoła jako swojego miejsca pracy. Więc jak jemu nic nie będzie, to wiernym duszom, które nazywa jak się zapomni dużo bardziej dosadnie, tym bardziej.
I pomiędzy nimi wszystkimi „lata” niejaka Julia Ciągała, amatorka dziennikarstwa, póki co zatrudniona w sklepie spożywczym. Ale tym razem dostaje szansę iść ku marzeniom. A te spełnią się, jeśli posłucha księdza i pomoże mu realizować cały jego nienawistny plan unicestwienia burmistrza. Chciałaby się zabrać za niego, ale burmistrz w sumie jurny chłop.
Myślę, że klimat książki już przedstawiłam. Albo w to wchodzicie, albo już teraz wiecie, że to nie dla Was. Inaczej nie będzie. A w zasadzie będzie. Bo jeszcze możemy na dosadność języka i taki, a nie inny odbiór pewnych zdarzeń/grup/osób obrazić się na autora. I wcale tego nie wykluczam.
Ja przy całej mojej wrażliwości bawiłam się całkiem dobrze, miejscami w towarzystwie ogromnej dawki nerwowości. Bo oto w tej niewielkiej mieścinie zgromadziła się cała nasza „polskowatość”, z wszystkimi naszymi przywarami, których nie jesteśmy w stanie się wyzbyć.
Historia bezczelnie przerysowana i dlatego polecam wszystkim tym, którzy nie boją się czytać absurdu podanego czasem bardzo dosadnie.
Ocena:
7/10
