Odkrywać nowe lub powracać do starego można na każdym kroku. Z tym problemu nie ma wcale. Ale już położyć na wyjeździe grupę 15 osób tak, aby: a) nie był to hotel, b) nikt z nikim nie musiał spać w jednym łóżku, c) miejsce było z klimatem i ku integracji, d) okolica pozwalała się zwiedzać- to już takie proste nie jest. Szczególnie ten warunek dotyczący nie- spania w jednym łóżku. Niby wyjazd integracyjny, niby wiele może się zadziać (filmy o tym przecież kręcono). Ale tak nachalnie do tematu podchodzić nie będę.
Tak więc po dogłębnych i czasochłonnych poszukiwaniach i planowaniach wyruszamy naszą grupką w kwietniowy, zimny i deszczowy w dodatku dzień do Rudaw Janowickich. Oprócz wspólnego popołudnia dnia pierwszego, mamy przed sobą cały dzionek na zwiedzanie. I wcale nie musi być to niezwykle męcząca wędrówka. Ważne, żebyśmy byli razem i dla siebie. Ot cały prosty pomysł na integrację.
Pierwsza wielka niespodzianka i zauroczenie czeka nas w miejscu naszego noclegu. „Wieściszówka” w Wieściszowicach: https://slowhop.com/pl/miejsca/wiesciszowka.html?gclid=Cj0KCQjwpcOTBhCZARIsAEAYLuXz4PBi_wWmq1R9HKmK7yFPf_9O1wE3wurbqz104GXOAChHp2HtfEoaAmTfEALw_wcB
To moje odkrycie sezonu. Przepiękny dom, z klimatem takim, że eh. Nic dziwnego, że pierwsze pół godziny ludziska chodzą i fotografują. Tam każdy szczegół jest przemyślany. Tam nic nie jest przypadkowe. Do tego jeszcze smakowite jedzonko, kominek i nalewki z gospodarskiej piwniczki. Tak to ja mogę nawet i częściej!!!
Miejscówka fajna, ale trzeba jeszcze coś tam robić. Można oczywiście zawiesić się na piwniczce z nalewkami, ale przecież nie po to spotkaliśmy się. Teraz będzie więc o tym, jak zaplanować sobie dzionek w Rudawach Janowickich tak, żeby nie było strasznie męcząco, ale żeby nie zabrakło niczego i dla ducha i dla ciała. Żeby było trochę urozmaicenia i na czym oko zawiesić. I żeby człowiek miał poczucie, że mimo- no umówmy się- nie najwyższych szczytów, to że jednak szczytował.
My zaczynamy naszą wędrówkę od obejścia kolorowych jeziorek. Cztery takie są. W czterech różnych kolorach: żółte, purpurowe, błękitne i zielone. Nazwy oczywiście od zabarwienia wody. A woda barwi się różnie w zależności od związków chemicznych w niej zawartej.
Trasa na 1,5 h. Łatwa i przyjemna. Bez większych ekscesów. Resztę niechaj zdjęcia oddadzą (moje w większości, ale kilka ukradłam od Gosi). Choć tak naprawdę i tak do końca nie da się oddać na nich wszystkiego.
Pierwszy punkt programu tym samym zaliczony!
A więc przejdźmy do punktu drugiego naszej wyprawy. Jedziemy busikiem ciut dalej. Cel w zasadzie dla większości z nas to Cycki Lolobrigidy, czyli Sokolik i Krzyżna Góra. A dla tych bardziej zmęczonych tylko Sokolik, bo przecież w połowie drogi jest Szwajcarka– klimatyczne schronisko w stylu tyrolskim, gdzie można raczyć się tym, co w górach smakuje najlepiej. I nie napiszę co, bo dla każdego może być to coś innego przecież haha.
No dobra, ale ruszajmy już na ten straszny Sokolik. Niby 642 m n.p.m, a różnie ta wysokość może być odbierana. A to przecież tylko 100 metrów przewyższenia od Szwajcarki. Ha, ale miejscami pionowo. Spokojne podejście to ponad pół godzinki. A na miejscu- niespodzianka. Platforma widokowa z panoramą 360 stopni. Wleźć trzeba na nią moi drodzy po ponad stuletnich żeliwnych schodach.
A po wejściu- no miodzio. Wszystko podane jak na tacy: Rudawy Janowickie, Góry Izerskie, Kaczawskie, Karkonosze i Śnieżka. I w bliższej perspektywie Góra Krzyżna. I w tym momencie nieśmiało, ale jednak powolutku przez chmury przebija się kilka promieni słońca. I cóż, mamy poczucie dobrego szczytowania. Chwila dłuższa na platformie bezcenna.
Tak, jak zapowiedziałam wcześniej, część z nas nabiera ochoty na drugi szczyt i wędruje na Krzyżną Górę- tutaj podejście chyba jednak trudniejsze. Część z nas natomiast udaje się chybcikiem do schroniska, aby raczyć się napojami wszelakimi.
A kiedy już wszyscy spotykamy się w jednym miejscu, busik podwozi nas do Miedzianki. To takie miasteczko, którego nie ma. Cała jego historia tak bardzo smutna, bo jeszcze sto lat temu miejscowość ta tętniła życiem. Był placyk główny, mnóstwo kamienic, pałac, dwa kościoły. Ostał się jeden i brama pałacowa. I dziury. I kilka budynków. Dla całej reszty trzeba uruchomić wyobraźnię. Co się stało? I dlaczego? Podobno „Lepiej zniknąć na trochę niż zniknąć na zawsze”. Filip Springer zebrał wszystkie informacje w temacie i poczynił książkę: „Miedzianka. Historia znikania”.
„Po raz pierwszy ziemia zapada się pod budynkiem kuźni Preusa i kupca Reimanna. Powstaje krater tak duży, że zmieściłaby się w nim furmanka. Także w szeregu domów – od piekarza Flabego do fryzjera Friebego – utworzyła się rysa na murach spowodowana zapadnięciem się sztolni. Pewnego dnia konie ciągnące pług po polu pana Franzkiego zapadają się w ziemi po piersi i wydają z siebie tak przerażający kwik, że ci, którzy są akurat w pobliżu, rzucają swoją robotę i wybiegają na pole z pobladłymi twarzami. Tylko niektórzy mają odwagę ruszyć z pomocą i ratować zwierzęta, inni patrzą z daleka na wystające z ziemi końskie łby i niezwykłe, lejkowate zapadlisko wokół nich”.
Rozkwit i zagłada Miedzianki mają wspólny mianownik: górnictwo. Tak skutecznie ryto w Miedzianej Górze w poszukiwaniu miedzi i uranu, że pod koniec lat 60-tych XX wieku nie było już co ratować. Mieszkańców wysiedlono, domy wyburzono.
I skłamałabym, gdybym napisała, że to fascynujące miejsce i że w ogóle wow. Nie. Jest jednak coś, co nie daje nam przejść całkiem obojętnie obok czegoś, co było i czego nie ma. Duchy przeszłości, niesamowita pustka i cisza. To wszystko kumuluje się w tym przedziwnym miejscu. Zdjęcia zapożyczam z „Krainy Karkonoszy”
My nie jesteśmy tutaj jednak tak całkiem przypadkiem i nie dla samego byłego miasteczka. Obiad mamy zamówiony już w Browarze Miedzianka http://browar-miedzianka.pl/ . Cóż tu dużo mówić- najlepsze widoki z tarasu, jakie można chcieć, całkiem przeciętne jedzenie, podobno pyszne piwo (degustacja- oj była!)- ja nie piję, więc bazuję na wypowiedziach innych, bardzo fajnie zorganizowane zwiedzanie tego maleńkiego browaru. Tam trzeba sobie zarezerwować dłuższą chwilę.
I w zasadzie po tym wszystkim można jeszcze zrealizować jeden punkt programu- podejście pod zamek Bolczów https://www.zamkipolskie.com/bolcz/bolcz.html , ale ja proponowałabym zrobić to jednak przed zwiedzaniem browaru. Bo piwo rozleniwia haha. A i na pęcherz wpływa, a to przy wędrówkach chyba za bardzo niepożądane przecież.
Przed nami wieczór przy jedzonku z grilla, kalamburach i wspomnieniach, które integrują. A przecież właśnie zadbaliśmy o kolejne. Na lata. To był fajny dzionek. Z fajnymi ludźmi. Taką integrację to ja bardzo polecam!






































