Portugalia 2022, Lello w Porto i wszystko inne

Gdybym nie zobaczyła kiedyś gdzieś zdjęcia magicznych schodów jakiejś księgarni, pewnie by mnie w Porto nie było. Musiałam sprawdzić gdzie to i co to. Okazało się, że podobno jest jedną z najpiękniejszych na całym świecie. Księgarnia Lello. Miód na me za czytane serce.

Żeby nie było, że chcesz i masz- trzeba swoje odestać. Albo kupić bilet (5 EUR) na konkretną godzinę w internecie. I tą wersję zdecydowanie polecam! I jak już wejdziesz do środka i przyzwyczaisz się do miliona ludzi takich, jak Ty, którzy chcieliby zrobić zdjęcie w każdym zakątku tego miejsca, to robi się pięknie. Książki można kupić po angielsku, hiszpańsku i portugalsku za cenę dużo wyższą niż gdziekolwiek na świecie. I mimo, że jak kupisz, to cenę biletu odliczą Ci od rachunku, i tak będzie drogo. Decyzja Twoja, czy kolekcjonujesz materialnie czy w głowie. Czy może tak i tak.

Podobno J.K. Rowling pisząc Harrego Pottera inspirowała się właśnie tymi schodami, które stanowią centrum księgarni i jej największą atrakcję. Zresztą chodząc po Porto czasami i tak masz wrażenie, że jesteś częścią tej książki o Harrym. Wielu uczniów ubranych w czarne stroje wygląda po prostu filmowo.

Lello miało stać się najważniejszym punktem dnia. Bez wątpienia piękne. Za tłoczno, aby cieszyć się tak do końca. Ale, żeby mieć radochę przez godzinkę i owszem.

Na ten dzień oprócz książkarni zaplanowałyśmy rzekę. Spokojne błądzenie sobie uliczkami z jednej i drugiej strony i używanie widoków. Douro- rzeka, która mocno dzieli. Z jednej strony klimatyczna Ribeira- niegdyś dzielnica rybacka. Z drugiej Vila Nova de Gaia- czyli degustacyjne uliczki/piwniczki winne, beczki.

To może najpierw pozostańmy po „naszej” stronie- w Riberia. Tutaj jest tylko jedno do zrobienia- trzeba sobie chodzić i chodzić i chodzić. Najpierw maleńkimi uliczkami. Obejrzeć to, co pięknie wykafelkowane, kolorowe i przyciągające wzrok, ale spojrzeć też na to, co nie tak ładne, bo niestety dużo budynków wymaga dużego remontu. Wszystkie razem tworzą klimat, którym chce się oddychać. Zrobić zdjęcia w setkach kolorowych drzwi i pogapić się z taką dziecięcą radością na ludzi dookoła. Zjeść pierożki wypełnione dorszem, albo coś innego bardzo portugalskiego. Im bardziej pochodzimy sobie bez planu i spiny, tym lepiej. Przycupnąć sobie trzeba na kieliszek wina czy kawkę i słynne nata, czyli babeczki budyniowe, że tak spolszczę. Przepyszne- dodam nieśmiało, choć śmiało całkiem spożywałyśmy haha.

 

A potem przejść się samym nadrzeczem. Bo właśnie tam najpiękniej widać trzy rzeczy- statki, które przewoziły wino. Most Ludwika- dwupoziomowy symbol Porto. Dołem dla samochodów, pociągów, pieszych, górą dla metra i pieszych. A jak most, to i jego druga strona. Czy ta druga strona to nadal Porto? Vino da Gaja to praktycznie osobna dzielnica/ miejscowość. To tutaj swoje miejsce znaleźli producenci win. W związku z czym jedziesz tam przede wszystkim kosztować.

Druga opcja, do dowolnego łączenia z pierwszą- idziesz tam, znajdujesz sobie najwyższy punkt- w tym przypadku jest to zamek i przy muzyce pana gitarzysty gapisz się na zachodzące słońce. I myślisz sobie bardzo: „Dla takich chwil żyję”!

Ps. A wspomniałam już, że Porto nocą to magia? 

Dodaj komentarz