Podlasie 2021- cz. 4- MIASTECZKA- BAJECZKI

To już ostatni wpis o Podlasiu. No nie będzie tutaj tylko o mieście i miasteczkach, bo będzie też- nawet nie wiemy, jak to nazwać-  o osadzie? Może to i najlepsza nazwa. Zapraszamy Was na krótki spacer po podlaskich urokliwych miejscowościach. 

KIERMUSY

Poznawanie Podlasia zaczynamy od osady/miejscowości/wioseczki KIERMUSY. Ostoja tradycji szlacheckiej. Hmmm. Jakby to ująć, żeby dobrze oddać to, co zobaczyliśmy? No ok. Można spędzić tam dłuższą chwilę. Ale jakoś dłużej? Chyba jednak nie dla nas.

Kiermusy witają nas drewnianymi, ozdobnymi domkami. To „Dworskie czworaki”- każdy związany z innym zawodem, bo jest np. tkacz, rybak, bartnik. Można wynająć i przenocować. Obok domków znajduje się Ostoya Żubra- pierwsza prywatna hodowla żubra. Jeśli już zwiedzać to miejsce, to w pierwszą niedzielę miesiąca, bo na targu staroci, który właśnie wtedy tam się odbywa, można znaleźć niezłe skarby. Albo trzecia niedzielę miesiąca, bo wtedy mamy tam targi zdrowej żywności. No ale wtedy ciszy to tam nie zaznacie…

Po drugiej stronie ulicy napotykamy inne budynki restauracyjne lub hotelowe, a jadąc „w głąb” docieramy do zamku- Muzeum Oręża Polskiego. To tutaj kiedyś była granica między Wielkim Księstwem Litewskim a Rzeczpospolitą. Symboliczne słupki pokazują, jak ta granica przebiegała. Jest cicho, idyllicznie. Słychać w zasadzie tylko owady i kumkające żaby. Tak jakby cywilizacji nie było… Wracając natrafiamy na „Miejsce Mocy”- krąg 13 kamieni spełniających życzenia. No niech się spełnią! I to by było tyle, jeśli chodzi o Kiermusy.

TYKOCIN

„Miasteczko- bajeczka”- tak Tykocin nazwała Agnieszka Osiecka. No jest bajkowo i filmowo. I chyba każdy kto oglądał „U Pana Boga ….” rozpozna, że między innymi w tym miasteczku kręcono sceny z filmu. Spacer po Tykocinie to tak trochę przeniesienie się na chwilę do innego świata.

Boże, jak tutaj się wszystko mieszało… Potrafili żyć koło siebie wyznawcy różnych religii. Ale był taki okres, w którym sprowadzono do Tykocina 10 rodzin Żydowskich. A oni osiedlili się na dobre, zaczęli rozwijać i po kilkudziesięciu latach stanowili 70 % mieszkańców miasteczka. Powstała wtedy druga co do wielkości po Krakowie gmina żydowska. Pamiątką tych czasów na pewno jest synagoga.  A o synagodze pisaliśmy już tutaj: LINK. I dobrze im się tutaj żyło. I barwnie. Szerzyli swoją kulturę, religię i tradycję. A wszystko to zepsuła wojna. 1941 rok i masowa rzeź Żydów. Po wojnie w Tykocinie pozostało ich 21. Część wyemigrowała do Izraela i USA. Smutna i wzruszająca historia.

Ale idźmy dalej. Stary Rynek. Serce miasta. Zaprasza przedziwnie. Tutaj dopiero wariują nam zmysły haha. Stare miesza się z nowym. Zniszczone z super odnowionym. A na samym końcu stoi ogromny Kościół pw. Trójcy Świętej, tuż obok „Gospoda Zapiecek” znana z filmów „U Pana Boga…”.

No i jeszcze pozostał nam jeden obowiązkowy punkt. Można zobaczyć z zewnątrz, można wejść do środka. Zamek z XV wieku, a raczej jego rekonstrukcja. Wtedy, dawniej miejsce spotkań możnych tego świata. Kurcze- kogo tam nie było z wielkich… Od Batorego przez Augusta Mocnego po Piotra Wielkiego. Zresztą to tutaj wspomniany August II Mocny ustanowił i po raz pierwszy wręczył Order Orła Białego, który do dzisiaj jest najstarszym i najwyższym polskim odznaczeniem. My nie wchodzimy do środka, ale „przycupujemy” sobie na ławeczce przed. I używamy widoku.  

Zajedźcie do tego miasteczka na spokojne pół dnia.

BIAŁYSTOK

Miasto kontrastów, kwietnych łąk w centrum i z całą pewnością prawników, bo tyle reklam kancelarii nie widzieliśmy jeszcze nigdy.

Białystok wybieramy jako bazę noclegową, bo nam z tego miejsca wszędzie po drodze. Pierwsze wrażenia są bardzo sprzeczne- dużo nowoczesnego, dużo starego, dużo zniszczonego i dużo naprawionego. I co kawałek objazdy, bo remont drogi. W środku miasta obok wieżowców potrafi stać sobie chatka iście z filmu, który już przywoływaliśmy niejednokrotnie „U Pana Boga…”

Szybko odkrywamy, że jest kilka takich punktów w mieście, które trzeba zobaczyć i już! Po pierwsze cały kompleks pałacowy Branickich. Branicki był swego czasu bardzo bogatym magnatem. Wybudował sobie „mały Wersal” z przepięknymi ogrodami. Jak tam jest ładnie… Na dłuższy, spokojny spacer. Do wejścia na teren pałacowy zaprasza Wielki Gryf- brama przypominająca kształtem Łuk Triumfalny. Widać, że gość ten na niebyle jakich budowlach się wzorował… 

Jeśli przejdziemy na drugą stronę ulicy trafimy na część jadalno- spacerowo- drinkową, że tak ją nazwiemy- Rynek Kościuszki. I myślimy sobie, że kto się tym rynkiem, który pełni rolę takiej swoistej promenady nie przespaceruje, to tak jakby w Białymstoku nie był. W centralnym punkcie stoi oczywiście ratusz. A dookoła mnóstwo ogródków piwnych, niesamowicie dużo miejsc z dobrym jedzeniem i muzyka na żywo w wykonaniu artystów ulicznych, którzy wspięli się już prawie na szczyty. Tutaj trzeba się zatrzymać i posiedzieć, popróbować i po prostu pogapić się na otoczenie.

Jadąc ulicami Białegostoku uwagę przyciągają liczne murale. Ten najsłynniejszy to oczywiście dziewczynka z konewką- śmiało można powiedzieć, że urósł on do rangi symbolu miasta. Powstały nawet gadżety z jej wizerunkiem. Ale największy mural zachęca do wysłania pocztówki do babci. I przedstawia autentyczną babcię Gienię z Podlasia. Babcia liczy sobie 90 lat i kiedy zobaczyła swoją podobiznę na wieżowcu rzekła tylko: „Co wy narobili?”.  Pod malowidłem umieszczono jakże sugestywny napis: „ Sami przed sobą zgrywamy wiecznie zabieganych i zajętych, przez co zapominamy o tym, co zbyt często uznajemy za niewarte zapomnienia. Czasem dotyczy to najbliższych, czasem po prostu nas samych. Dbaj o bliskich, pamiętaj. To proste”.

W atmosferze małego skandalu w niektórych kręgach powstał mural Zenka Martyniuka. Ma tyle samo przeciwników, co i zwolenników. Króla disco polo namalował król murali. I podobno na początku mu nie wyszło. Musiał poprawiać twarz. Od 2019 roku można Zenka oglądać już nie tylko w filmie, na scenie, ale również na wieżowcu. Tego muralu akurat nie szukaliśmy, więc zdjęcia nie zamieszczamy. Ale przez przypadek na ulicy Lipowej, która jest odpowiednikiem Piotrowskiej w Łodzi, w niepozornym podwórku znajdujemy zupełnie inny pokazujący sielskość Podlasia. I dzięki niemu szary świat zamknięty w szarych kamienicach nabrał barw.   

Co nam jeszcze wpadło w oko w Białymstoku? No wiele ładnych miejsc- np. budynek Opery i Filharmonii Podlaskiej. Nowoczesny do bólu, ale jakże piękny. Cała fasada porośnięta jest roślinami. Wokół mała fosa. Wpisany na listę pięciu najpiękniejszych obiektów tego typu w Polsce. Synagogi i kościoły. Parki z fontannami i skwerki pełne kwiatów. A zresztą nie będziemy więcej pisać. Zobaczcie sami.   

HAJNÓWKA

Małe miasteczko do którego zajeżdżamy w drodze na Świętą Górę Grabarkę. Poza Soborem prawosławnym, który wygląda co tu dużo mówić- orbitalnie, odkrywamy Babuszkę- miejsce, gdzie trzeba zjeść. To tutaj poznajemy kartacze i kosztujemy przepysznej babki ziemniaczanej. A przy zamówieniu do tego ogórka dostajemy talerz ogórków! I po raz pierwszy pijemy kwas chlebowy, który smakuje nieziemsko. I to z tymi dwoma miejscami  i tymi smakami już na zawsze kojarzyła będzie się nam Hajnówka. 

BIAŁOWIEŻA

I tutaj mamy największy ścisk i żal do czasu, bo nam go zabrakło- na wejście do Rezerwatu, na spotkanie ze zwierzętami, na pokosztowanie natury. Do Białowieży zajeżdżamy w drodze powrotnej z Grabarki. Tutaj próbujemy rewelacyjnej pigwoniady. Przepychota. I znajdujemy bardzo urokliwe zakątki….  Popatrzcie sami.

SUPRAŚL

To takie Międzyzdroje Podlasia. Trasy spacerowe,  kąpielisko, mnóstwo okazji do zjedzenia czegoś dobrego, regionalnego (u nas na obiad kiszka ziemniaczana i kwas chlebowy). I kramy z regionalnymi produktami. Niestety też takie z chińskimi. Niska drewniana zabudowa i miejsca znane z filmów, jak choćby komin, z którego chciał się rzucać dziadek w „U Pana Boga…”. No i dla zainteresowanych oczywiście monastyr. Lekko, letnio, miejscami wręcz nadmorsko.

I pewnie w każdym innym miasteczku można odkryć wiele urokliwych zakamarków.

Nam podczas naszego krótkiego pobytu udało się zwiedzić właśnie te. Ale najważniejsze, że bez pędu, ze spokojem. W każdym z nich posiedzieliśmy trochę dłużej i „poraczyliśmy” się specjałami regionalnymi. I „pogapiliśmy” się na to, co ładne. 

I to już ostatni wpis na temat tego urokliwego regionu. Mamy nadzieję, że choć „ciut, ciut” wzbudziliśmy ochotę poznania i zakosztowania tego, co i nam się udało. Jeśli tak- marzcie, planujcie i realizujcie. Nikt nie zrobi tego za Was:) 

Pozdrawiamy serdecznie wszystkich, którzy zajrzeli do nas. I dziękujemy za odwiedziny:) 

Magda i Tomek 

Ps. Iwonka i Robert- trzy razy to nie przypadek haha:) 

Dodaj komentarz