Pierwsze wrażenie to szok. Neapol wita nas nie inaczej jak stertami śmieci. Bo to właśnie ten czas, kiedy miasto boryka się z ogromnym problemem mafii śmieciowej. No nie wywozi nic, albo z opóźnieniem. Więc szokują nas worki porozrzucane dosłownie wszędzie. Chyba wiemy skąd powiedzenie „Zobaczyć Neapol i umrzeć”. Przebywając w takim brudzie…
Drugie wrażenie to zadowolenie. Zadowolenie z faktu, że nie przyjechaliśmy tutaj samochodem. Jak oni jeżdżą? Wszystko przecież poobijane. I to porządnie. No i jeszcze nasz hotel. Spoko, ale w jakimś dziwnym miejscu. Bo w nocy jakby strzały było słychać. A w murach budynków wmurowane kapliczki, a w centralnym miejscu zdjęcia osób, które zginęły. Świeże kwiatki. Dziwne to wszystko. A i jeszcze wszechobecne pranie. Biorąc pod uwagę jego ilość Włosi to musi być bardzo czysty naród.
I to jest w pigułce nasze pierwsze wrażenie. Nie negatywne- to wrażenie inności. Bo w grupie znajomych z którymi wyjeżdżamy dzięki Ani i Monice nie ma negatywnych emocji. Jest radość z tego, że poznajemy coś innego, nowego i zbieramy energię na przyszłość.
Po chwili zauważamy klimatyczne uliczki w których po prostu trzeba się zgubić. Jemy najpyszniejszą na świecie pizzę i oglądamy podziemną galerię sztuki na stacjach metra.
A po dłuższej chwili zaglądamy do Muzeum Archeologicznego, w którym hmmm jest ciekawie. I wchodzimy do wypasionej galerii handlowej Umberto. I ustawiamy figurki do słynnych szopek neapolitańskich.
I robi się bardzo klimatycznie.















