„Moja lista gości” Rebecca Serle

A gdyby tak ktoś powiedział Ci, że na swoje urodziny możesz zaprosić 5 osób do jednego stołu. Nieważne, czy żyją czy nie. Kogo być zaprosił, -a? I dlaczego akurat te osoby?

Takie pytanie zadała sobie kiedyś Sabrina. I voila!  W swoje trzydzieste urodziny przy stole w restauracji zastaje ludzi ze swojej listy. Jeden wieczór w nie- do- końca oczywistym gronie. Bo przy stole zasiada: hmm Audrey Hepburn- nieżyjąca to wiemy, ojciec jubilatki, którego też już nie ma na tym świecie, podobnie jak byłego narzeczonego, dla którego również znalazło się miejsce w zacnym gronie urodzinowych gości. Zasiedli obok byłego wykładowcy Sabriny i jej najlepszej przyjaciółki, z którą jakoś od dłuższego czasu nie bardzo jej po drodze.

Wychodzi z tego zlepek zupełnie niepasujących do siebie osób, których jednak coś musi łączyć, bo inaczej przy tym stole razem nie siedzieliby. Na początku oni też nie bardzo wiedzą, jak zachować się w tej przedziwnej sytuacji.

Oczywiście więcej nie napiszę, bo szkoda psuć innym odkrywania tej historii. Ale na pewno nie jest to romansidło. Nie jest to też książka, którą czyta się w napięciu. Nie. Czytelnik płynie sobie spokojnie po wydarzeniach i tych podczas kolacji, i tych wcześniejszych. Bo kolacja tylko zbiera to, co niezałatwione i niedopowiedziane.

I myślę sobie, że całkiem różny może być odbiór tej książki. Chyba w zależności od naszych osobistych upodobań i doświadczeń. Ja na przykład cenię to, że historia miłości Sabriny i jej narzeczonego nie jest przesłodzona, a oni wcale nie idealni. Ale bardzo chciałabym dowiedzieć się więcej o gościach, a przede wszystkim podkręcić rolę Audrey Hepburn (któż by nie chciał!)

Nie perełka, ale impuls. Do poważnej rozmowy ze sobą. Tak podsumowałabym tą pozycję. Polecam         

Ocena:
7/10

Dodaj komentarz