Ania zniknęła. Po prostu jej nie ma. I nikt nic nie wie. Ostatnia słyszała ją mama. A potem jeszcze było jakieś logowanie z jej telefonu do sieci w pobliżu dworca. Nie ma żadnych śladów, nie ma ciała. Nie ma żadnych wskazówek. Życie Ani biegnie do 7 lipca 2012 roku. Czy biegnie po 7 lipca tego nie wie nikt.
Mama, którą z Ania łączy/łączyła najmocniejsza z najmocniejszych więzi, podejmuje próbę odkrycia prawdy. Chociaż miałaby być najbardziej bolesna. Szuka. Walczy o córkę żywą lub martwą.
Mąż, z którym mocna więź łączyła Anię już tylko jednostronnie i to po jej stronie zdecydowanie- takie wrażenie mamy od początku tej historii, nie podejmuje żadnych istotnych działań, żeby szukać żony. A przecież jest policjantem i ma dużo większe możliwości. On po prostu wie, że ona nie wróci i próbuje ułożyć sobie życie zupełnie po nowemu.
Siostra połączona mocną więzią z Anią chyba też nie wierzy, że wróci. Ale zrobi wszystko, aby odkryć prawdę.
Wiecie, jakie miałam pierwsze wrażenie czytając tą książkę? Że tam nie ma żadnych ozdobników. Że ona jest taka sucha. Taka jak fakt. Trochę taka jak reportaż. Ale taki reportaż sfabularyzowany. I cały czas myślałam sobie, że przecież to wszystko jest zbyt proste, żeby było prawdziwe. Bo my praktycznie wiemy już od początku. I zakończenie musi być inne. Coś musi kryć się za tą historią. I co z tego? Nic. Bo w tej historii- inspirowanej prawdziwymi zdarzeniami- po tylu latach nadal nic nie jest proste.
Historia prawdziwa. Tym trudniej matce czytać to, co przeżywa inna matka, kiedy traci dziecko. Nie do końca mój styl, ale nie o mnie tu chodzi. Spróbujcie, może to coś dla Was.
