Mistyfikator. Żeby nie było powiem od razu inaczej- oszust, blefiarz. Wiktor Fogel. Sam jest odmieńcem. Albinosem. Innym. Takim, którego normalnie świat nie kupuje i od urodzenia ma pod górkę. Rodziną też się nie pochwali. Matka nie żyje, ojciec obłąkaniec chciałby być gołębiem. Wychowuje go babcia, akuszerka pijaczka, która od najmłodszych lat zabiera go „na porody” wtajemniczając dogłębnie.
Ale Wiktor dorasta, a panie niekoniecznie chcą pokazywać swoją głębię młodzieńcowi. Tak więc pozostaje mu znaleźć sobie jakąś pracę. Lwów i okres ku końcowi I wojny to mimo wszystko nie jest najlepszy czas dla młodych ludzi szukających ciekawego zajęcia. Po kilku niezbyt szczęśliwych dla niego próbach pracy w różnych zawodach, trafia przez przypadek do teatru. A dokładniej do charakteryzatorni. Tam dzieją się cuda. Tam tworzy się nowe twarze. I nowych ludzi. Chłonie tą wiedzę od mistrza. Uczy się anatomii twarzy, jej tajnych zakamarków i zależności. I ma to szczęście, że mistrz przed śmiercią pokazuje mu bardzo dużo. A potem ma kontynuować jego dzieło przeobrażania twarzy.
Zdobywa coraz więcej uznania, niestety nie finansowego, a żyć jakoś trzeba. Namówiony przez przyjaciółkę trafia do Berlina- jakże odmiennego od stonowanego Lwowa. Tam już jest rozrywkowo, a nawet wyuzdanie. Jego kariera i sława nabierają rozpędu. Kolorytu całości nadają najbliższe mu osoby- dziwnie pokiereszowane życiem z takimi samymi twarzami, które ulecza. A ponieważ dzięki swoim specyfikom udaje się mu nie tylko likwidować rany, ale jeszcze zatrzymać starzenie, trafia do niego cała śmietanka towarzyska Berlina ze swoimi często obleśnymi tajemnicami.
No i cóż- skupiłam się na Wiktorze, a ta książka ma więcej bohaterów. Część z nich z trudną przeszłością, część ociekająca pieniędzmi, część zależna od innych, część wolna. Każdy przynosi ze sobą swoją historię.
Wbrew temu, jak czyta się opis, to nie jest książka, którą połknie się w jeden wieczór. Zamysł doskonały- bo jakież może być życie człowieka, który swoim talentem daje szczęście innym? Daje im drugie życie. Albo rozrywkę. Albo ratunek. Ale wielowątkowość wymusza dużą koncentrację na czytelniku. Jeżeli jej brak, coś nam ucieka.
Czasami miałam wrażenie, że za dużo tego i niepotrzebnie. I że jakoś tak niedokończony dla mnie wątek. Ale teraz po przeczytaniu myślę sobie, że warto było. Dla nietuzinkowego tematu, atmosfery dwóch odrębnych i całkowicie innych miejsc w powojennym świecie. I chyba dla tego głównego bohatera, który posuwa się do rzeczy, o które bym go na pewno nie posądziła. Ja tam bym go jeszcze ciut podkoloryzowała Poczytajcie i sami się przekonajcie. Tak najlepiej.
