To moja druga książka napisana przez Irvinga. Po raz pierwszy zetknęłam się z nim czytając „Regulamin tłoczni win”- rewelacyjna pozycja. Teraz sięgnęłam po „Małżeństwo…”. Nie polecę jako pierwszej lektury spod pióra tego autora, bo trzeba się przyzwyczaić do specyficznego stylu pisania. Ale już jako drugą, jeśli ten styl się spodoba, polecę i owszem.
Dwa małżeństwa trochę sobą znudzone postanawiają wymienić się partnerami. Czasami wymiana 1:1, ale zdarza się też trójkąt. Wszyscy zgodnie podejmują decyzję, że chcą takiego układu i nikt nie czuje się do niego przymuszony. Mało tego z opisów (a są takowe!) wynika, że całkiem im dobrze w tym jawnym czworokącie. Tak bardzo zatracają się w nowej sytuacji, że prawie zapominają, że mają dzieci, że jest jeszcze świat poza ich seksualnymi spotkaniami. Fascynacja totalna- jak już wspomniałam dokładnie, ale bez zbędnego sentymentalizmu opisana przez Irvinga- tak bardzo wprost. Do pewnego momentu wszystko spina się doskonale, ale po pewnym czasie zaczynają wychodzić na światło dzienne prawdziwe pobudki dla których podjęli takie decyzje. Pojawia się zazdrość, zawiść, robienie sobie na złość i przemyślenia, czy to tylko seks, czy coś więcej.
I więcej nie napiszę, bo kto będzie chciał- sięgnie po tą lekturę.
Czytając zastanawiałam się mocno nad motywami, jakimi kierują się małżeństwa decydujące się na wymianę partnerów, czy rzeczywiście wszyscy członkowie takiego układu zyskują w równej mierze? I czy po zakończeniu układu można wrócić do świata zanim się pojawił?
Lektura frapująca i moralnie całkiem niepoprawna, ale trzeba dodać, że nie czyta się jej szybko, bo po pierwsze Irving nie koncentruje się tylko na tym co tu i teraz, ale żeby lepiej opisać bohaterów i ich pobudki wraca do czasów ich dzieciństwa, a opisy są niestety czasami przydługawe, po drugie każe nam przystanąć i zastanowić się nad tym, co właśnie się zadziało w tym niecodziennym układzie dwojga małżeństw. Uważam, że nie straciłam czasu.
