Malta 2019- błękit i luzzo

Córka mojej koleżanki Gosi mówi relacjonując zimowisko: „Nie ma czasu. Mamo mamy tak codziennie coś.” Bardzo mi się podoba to powiedzenie, bo my też mamy tak codziennie coś.
 
Kiedy robiliśmy podsumowanie wyjazdu, wszyscy zgodnie orzekli, że wszystko było piękne, ale przeżycia niedzielne biją wszystkie inne. Po pierwsze jest słońce, słońce, słońce. Boże jak mi tego brakowało!!!Po drugie nasze wrażenia zmysłowe chyba właśnie w tym dniu najbardziej dostały popalić ilością bodźców. Ale od początku.
 
Postanawiamy rozpocząć dzień od wyjazdu do Blue Grotto. A jak już pisałam wcześniej stało się tak, że dzień poprzedni zapowiada to, co wydarzy się kolejnego. Na Gozo wpływaliśmy do jednej groty. Dziś wyruszamy do siedmiu. Jedna z nich to słynna Błękitna Grota (Blue Grotto). Rejs motorówką trwa pół godziny. Wesoły pan na łodzi opowiada o formacjach skalnych, robi nam zdjęcia i pokazuje na co zwrócić szczególną uwagę. I znowu przy całym moim strachu przed wodą dotykam błękitnej wody. Nigdy nie przypuszczałam, że odważę się wsiąść na motorówkę. Koralowce i formacje skalne i groty- zapiera dech w piersiach. Mogłoby to trwać i trwać. Po rejsie zaopatrzeni w tradycyjne piwko CISK idziemy na klify. Nie wyobrażam sobie poznawania nowych miejsc bez „gapienia się”. Bez zatrzymania. To te momenty przywołujemy najczęściej, kiedy wracamy do tego, co już za nami. Tak więc prażymy się na słońcu nie robiąc nic poza obserwowaniem turystów w motorówkach równie zachwyconych jak my.
 
Opaleni- piękny stan!- jedziemy do miejsca, w którym znajdują się budowle starsze niż piramidy- świątynie megalityczne. Mało wiadomo na ich temat poza tym, że wybudowano je jakieś 3600 p.n.e. Wiele wskazuje na to, że kobiety miały tam dużo do powiedzenia- ten argument przytaczają feministki podczas kongresów. Znaleziona wewnątrz świątyń figurka Venus z Malty ma obfite kształty i podobno stanowi ideał kobiety. Cóż- idziemy w tym kierunku, tzn. obfitych kształtów, więc wersja ta „natycha” nas optymizmem. Zwiedzanie rozpoczyna się od projekcji filmu 4 D, który pokazuje jak mogło dojść do powstania świątyń. W kinie liczą się efekty i to, aby każdy odwiedzający zrozumiał, gdzie się znajduje. Dlatego nie ma słów, ale jest podmuch wiatru i krople deszczu. Całkiem przyjemne oglądanie.
 
Potem wyruszamy bezpośrednio do świątyń. Dwa kompleksy, jeden zachowany trochę w gorszym stanie położony bezpośrednio nad morzem, drugi niedaleko wejścia- większy i bardziej działający na wyobraźnię. Dla jednych będzie to kupa kamieni, dla innych kawał historii, o której nie wiemy nic. Tylko trzeba wziąć pod uwagę, że największe z kamieni ważą po 20 ton i ktoś je musiał w to miejsce przytachać. I jeszcze nie można nie zauważyć w pomieszczeniach małych okienek przez które kapłani ogłaszali „wolę Boga”, tak żeby ich „było na wierzchu”. Widzimy też stoły do ubojów rytualnych. Tam żyła swoim rytmem jakaś społeczność, której żywot skończył się jednym pociągnięciem i nikt nie wie, dlaczego nie pozostało po nich nic oprócz tej „góry kamieni”.
 
Zwiedzanie trwa ok. godziny, wsiadamy do autobusu i jedziemy do wioski rybackiej Markxaslokk. To ta wioska znana z wszystkich widokówek, bo zgromadziła mnóstwo łodzi luzzu. Wygląda urokliwie. Siadamy w restauracji przy samym nadbrzeżu i zamawiamy obiad. W takich miejscach nie należy jeść, tylko się delektować widokami, ale żołądki mają swoje prawa, a oczy chcą widoków. I oczy się nasyciły, a żołądek prawie pusty pozostał. Tyle w temacie. Reszta na zdjęciach. Pełni przepięknych wrażeń wracamy na ostatnią noc do naszych apartamentów.
 
Tego dnia nie zapomnimy jeszcze długo, długo.

Dodaj komentarz