Opisując po latach Lizbonę, którą mogliśmy zobaczyć z cudownymi ludźmi dzięki Ani i Monice targają nami różne pozytywne emocje. Bo Lizbona nie pozwala pozostać wobec niej obojętnym. Co najbardziej utkwiło nam w pamięci? I jakie po 6 latach jesteśmy w stanie odtworzyć obrazy i jaką poczuć atmosferę?
Po pierwsze- w pamięci pozostaje nostalgiczna Alfama. To najstarsza dzielnica Lizbony zbudowana na stromym stoku nad rzeką Tag. Z czym kojarzyć nam się będzie już zawsze Alfama? Oj dużo tu pod górkę i z górki. A gdzie zwykła droga nie daje rady, tam są po prostu schody. Kręte, wąskie, strome uliczki wybrukowane nierówną kostką. Nam może i trudno, ale przecież są tramwaje. I ten jeden – szczególny nr 28. Żółty, radosny i zatłoczony jak cholera. Ale przejeżdża obok najważniejszych zabytków. I nie sposób sobie odmówić takiej podróży. Jest nawet tak wąsko, że wystarczy wysunąć rękę przez okno budynku w którym mieszkamy, a ktoś jadący tramwajem po prostu poda nam świeże bułeczki, które przed chwilą kupił. Trzeba tylko takiego kogoś znaleźć, a podobno usługa już taka jest oferowana.
Czego jeszcze nie można sobie odmówić? Odwiedzenia i zatrzymania się na dłużej na miraduros, czyli punktach widokowych. Okolica cała jak na dłoni. W szczególności ten jeden jest wart posiedzenia na nim – Miradouro das Portas do Sol- Bram Słońca. I to tam po raz pierwszy zakosztowaliśmy herbaty z zieloną trawą. I śpiewaliśmy piosenki Anny Marii Jopek o Lizbonie właśnie.
To tu w Amfamie powstała nostalgiczna muzyka Fado. I słychać ją mało tego z otwartych okien i w kawiarniach. No nie ma chyba miejsca na całym świecie, w którym muzyka ta brzmiałaby lepiej.
No i oczywiście kościołów dużo tu do odkrycia. Który pamiętamy najbardziej? Katedrę Se– najstarszy kościół w Lizbonie, w którego mroku po prostu trzeba schować się na kilka minut.
Po drugie- dzielnica Belem. Położona 6 km od centrum, więc transport raczej konieczny. Ważna to dzielnica, bo tutaj wiele wydarzyło się ważnego. To właśnie stąd Vasco da Gama wyruszył w podróż do Indii, tutaj też po powrocie witany był przez Manuela I, zwanego Szczęśliwym. Przywiózł ze sobą niewielką ilość pieprzu, który to okazał się na wagę złota. A Manuel Szczęśliwy na tyle był szczęśliwy, że ku jego czci zaczął budować Klasztor Hiernimów- przepiękną budowlę, którą trzeba koniecznie wzrok nacieszyć.
To właśnie w tym klasztorze wynaleziono przepis na słynne Pastel de Belem– ciasteczka z ciasta francuskiego wypełnione masą jajeczko- budyniową. Posypane cynamonem. Nie jest łatwo dostać się do kultowego miejsca, w którym można zjeść te oryginalne i najsmaczniejsze. Byliśmy! Zjedliśmy!
No i w końcu nie sposób jej nie dostrzec- symbol wielu odkryć, wizytówka Lizbony- wieża Belem. Wysoka na 35 m, w przeszłości pełniła funkcję obronną, była też latarnią morską. No i więzieniem była też. A dziś atrakcja turystyczna i wielki taras widokowy.
Ale tuż obok jest jeszcze Pomnik Odkrywców. Pomnik statek. Na czele stoi Henryk Żeglarz, za nim inni portugalscy odkrywcy. W tym miejscu Vasco da Gama wyruszył na podbój świata. U stóp pomnika- mapa świata i szlaki portugalskich żeglarzy.
A co poza tym? Z czym kojarzy się Lizbona? Kolorowe budynki, dzięki wszechobecnym na budynkach azulejos– kolorowym płytkom, które swego czasu stanowiły najtańszą ozdobę fasad. I jeszcze windy, którymi można wjechać na rewelacyjne punkty widokowe. I z góry podziwiać piękno Lizbony.
Jakie wnioski po krótkim, ale treściwym pobycie w Lizbonie? To miasto nie lubi pośpiechu. Trzeba go „złazić”, zgubić się w uliczkach i zejść z głównych szlaków turystycznych, aby poczuć ta prawdziwą, nostalgiczkę. Niesamowicie klimatyczną, wciągającą, której chyba zawsze będzie mało.
















Oj ogarnęła mnie tęsknota… Lizbonka zawsze, z największą ochotą, niespiesznie, w miłym towarzystwie… Bo słońce (nawet zimą), bo mili ludzie, miradouros na każdym kroku, kawa galao + pasteis de nata – za grosze. Bo „stopy same niosą mnie na wzgórze Portas do Sol”…