Dwoje- na pozór zwykłych ludzi spotyka się całkiem nieplanowanie w zwykłym/niezwykłym miejscu o niezwykłej porze. Już wyjaśniam krótko i konkretnie: pewien dziadek i pewna młoda kobieta spotykają się przypadkiem w nocy na cmentarzu. On chce zabrać swoją byłą żonę- zmarłą już zresztą- z grobu i rozsypać jej prochy tam, gdzie planowali się wybrać wspólnie. Ona chce odwiedzić swego zmarłego brata, ale ciągle jeszcze nie umie za dnia, w obecności innych, którzy na pewno ją obserwują. Nie będzie intymności, której tak potrzebuje.
I w ten sposób zaczyna się co najmniej interesująca znajomość obojga. I ich wspólna droga z której czerpią oboje- każde na swój sposób. Jadąc wysłużonym samochodem w góry trasą, która no tak najdłużej licząc w 4 h powinna doprowadzić ich do celu, a z powodu jego prostaty i miliona innych rzeczy, które przytrafiają się w międzyczasie wydłuża się znacznie, mają mnóstwo czasu, żeby podzielić się swoją żałobą.
Jej w zasadzie całkiem obojętne gdzie i z kim jest. Ma wrażenie, że trafiła na dno Rowu Mariańskiego- tam, gdzie już ciemniej być nie może i tlenu do oddychania brak. I w zasadzie sama już nie widzi celu w takim życiu. A on po swojej wielkiej stracie z jakąś dziwną energią, która jest mu potrzebna, aby zrealizować swój konkretnie sprecyzowany plan. Marudny i gburowaty czasem, ale cóż…
I wbrew pozorom tych dwoje łączy całkiem dużo: oboje w żałobie, co prawda na różnych jej etapach, ale jednak. Oboje nieco ekscentryczni, przez co ich przygody są czasami co najmniej dziwne. Oboje empatyczni, choć empatia jak wiemy wiele oblicz ma
To jest historia o tym jak bardzo żałoba nie chce odejść, a w zasadzie jak bardzo my jej nie chcemy wypuścić. Bo gdzieś tam siedzi sobie w nas poczucie winy, że przecież można było wtedy inaczej i na pewno byłoby lepiej. To jest książka o ogromnej tęsknocie i ogromnym żalu po utracie tej najukochańszej istoty. O każdej nawet najmniejszej próbie szukania promieni słońca na dnie Rowu. I o tej ogromnej wciekłości, że ktoś odszedł, a świat sobie dalej, jakby tego nie widział.
Dużo tego, co typowe dla żałoby- prawda? A jednak ta historia jest napisana tak, że nie przytłacza, a wzrusza, nie wywołuje masywnych łez- choć czasami nie sposób ich uronić, ale często całkiem szczery uśmiech.
Ja bardzo polecam, bo to jedna z takich książek, których się nie zapomni. Bo inaczej niż wszystkie inne książki podchodzi do niezmiernie trudnego tematu, który przecież dotknie nas wszystkich. A gdzie wzruszenie i śmiech w jednym pakiecie, tam brać trzeba bez zastanowienia. Takich prawdziwie dobrych pakietów mało na rynku, oj mało.
Wydawnictwo Otwarte- dziękuję

Piękne, po prostu… A po burzy przychodzi spokój „. Dwoje pokaleczonych osób stanowi dla siebie wsparcie w trudnym momencie. Smutek ciągnie się powoli przez całą książkę przemiennie z uśmiechem. Książka o rozstaniach i przewrotach. Do przeczytania koniecznie
Pingback: Siedzi we mnie ciągle jeszcze…., czyli co zapamiętam z książkowego roku 2022? – Przyokazji
Pingback: Siedzi we mnie ciągle jeszcze…., czyli co zapamiętam z książkowego roku 2022? – Przyokazji