Lekko o ciężkim- „Rów Mariański” Jasmin Schreiber

Dwoje- na pozór zwykłych ludzi spotyka się całkiem nieplanowanie w zwykłym/niezwykłym miejscu o niezwykłej porze. Już wyjaśniam krótko i konkretnie: pewien dziadek i pewna młoda kobieta spotykają się przypadkiem w nocy na cmentarzu. On chce zabrać swoją byłą żonę- zmarłą już zresztą- z grobu i rozsypać jej prochy tam, gdzie planowali się wybrać wspólnie. Ona chce odwiedzić swego zmarłego brata, ale ciągle jeszcze nie umie za dnia, w obecności innych, którzy na pewno ją obserwują. Nie będzie intymności, której tak potrzebuje.   

I w ten sposób zaczyna się co najmniej interesująca znajomość obojga. I ich wspólna droga z której czerpią oboje- każde na swój sposób. Jadąc wysłużonym samochodem w góry trasą, która no tak najdłużej licząc w 4 h powinna doprowadzić ich do celu, a z powodu jego prostaty i miliona innych rzeczy, które przytrafiają się w międzyczasie wydłuża się znacznie, mają mnóstwo czasu, żeby podzielić się swoją żałobą.

Jej w zasadzie całkiem obojętne gdzie i z kim jest. Ma wrażenie, że trafiła na dno Rowu Mariańskiego- tam, gdzie już ciemniej być nie może i tlenu do oddychania brak. I w zasadzie sama już nie widzi celu w takim życiu. A on po swojej wielkiej stracie z jakąś dziwną energią, która jest mu potrzebna, aby zrealizować swój konkretnie sprecyzowany plan. Marudny i gburowaty czasem, ale cóż…

I wbrew pozorom tych dwoje łączy całkiem dużo: oboje w żałobie, co prawda na różnych jej etapach, ale jednak. Oboje nieco ekscentryczni, przez co ich przygody są czasami co najmniej dziwne. Oboje empatyczni, choć empatia jak wiemy wiele oblicz ma😊

To jest historia o tym jak bardzo żałoba nie chce odejść, a w zasadzie jak bardzo my jej nie chcemy wypuścić. Bo gdzieś tam siedzi sobie w nas poczucie winy, że przecież można było wtedy inaczej i na pewno byłoby lepiej. To jest książka o ogromnej tęsknocie i ogromnym żalu po utracie tej najukochańszej istoty. O każdej nawet najmniejszej próbie szukania promieni słońca na dnie Rowu. I o tej ogromnej wciekłości, że ktoś odszedł, a świat sobie dalej, jakby tego nie widział.

Dużo tego, co typowe dla żałoby- prawda? A jednak ta historia jest napisana tak, że nie przytłacza, a wzrusza, nie wywołuje masywnych łez- choć czasami nie sposób ich uronić, ale często całkiem szczery uśmiech.

Ja bardzo polecam, bo to jedna z takich książek, których się nie zapomni. Bo inaczej niż wszystkie inne książki podchodzi do niezmiernie trudnego tematu, który przecież dotknie nas wszystkich.  A gdzie wzruszenie i śmiech w jednym pakiecie, tam brać trzeba bez zastanowienia. Takich prawdziwie dobrych pakietów mało na rynku, oj mało.

Wydawnictwo Otwarte- dziękuję😊

Ocena:
8/10

Ten post ma 3 komentarzy

  1. Ewelina

    Piękne, po prostu… A po burzy przychodzi spokój „. Dwoje pokaleczonych osób stanowi dla siebie wsparcie w trudnym momencie. Smutek ciągnie się powoli przez całą książkę przemiennie z uśmiechem. Książka o rozstaniach i przewrotach. Do przeczytania koniecznie

Dodaj komentarz