Kurcze, ja to mam szczęście!- czyli serial „Sprzątaczka”

Ile z tego, co dzieje się w naszym życiu zapisane jest gdzieś w gwiazdach, a ile fundujemy sobie sami? I czy każdy może być panią/panem własnego losu, jak szumnie od lat próbują przekonać nas psychoterapeuci?

Jest ona. Ma 26 lat i podjęła jedną niedobrą decyzję- związała się z człowiekiem z którym ma trzyletnie dziecko. A on jej nie bił, nie gwałcił, a w awanturach po alkoholu trafiał dotychczas zawsze obok w ścianę. Coraz bliżej niej. Czy to już była przemoc? Uważała, że nie. Zresztą nie tylko ona. Bo jak nie okaleczył, to nie był taki zły. A jednak uciekła od niego.

I problem zaczął się w momencie kiedy uciekła. Bo nie miała swoich pieniędzy. W końcu nie pracowała, tylko wychowywała córeczkę, więc jej się nie należało. Bo nie miała dokąd uciec. Bo nie miała na kim się oprzeć. Matka artystka żyjąca w totalnym oderwaniu od rzeczywistości z nowym partnerem. Znajomi raczej znajomi jego niż jej. Bo bez dochodów i miejsca zamieszkania mała nie może dostać przedszkola. A jej nikt pracy nie da, bo ma dziecko, które nie jest w przedszkolu. A zamieszkać nie ma gdzie, bo nie ma dochodów. Koło się kręci, a opieka społeczna tylko udaje, że jest społeczna.

Mimo wszystko daje radę. Zostaje tanią sprzątaczką sprzątającą albo w domach nadzianych mieszkańców najlepszych dzielnic, albo w totalnych opuszczonych spelunach, które trzeba doprowadzić do stanu używalności. I co z tego, że chce pracować? I co z tego, że chce rozpocząć normalne, spokojne życie? I być panią własnego losu? Nic.

Patrząc na tą dziewczynę od pierwszego momentu zadawałam sobie dwa pytania- czy w jej oczach do końca będzie tlił się ten strach i do którego momentu człowiek jest w stanie dźwigać ciężary, które przywalają go wskutek kolejnych złych decyzji? Albo manipulacji jakiś wyższych sił.

Serial bez zbędnych ozdobników. Rozwalający mit amerykańskiego cudownego życia. Niewydolny i niepomocny system wsparcia samotnych matek i osób w potrzebie. I ciągła refleksja, że niektórym w życiu zawsze piach w oczy sypie…

Obejrzyjcie (Netflix). Z różnych względów. Chociażby, żeby stwierdzić: „Kurcze, ja to mam szczęście”.

Ps. A tak na marginesie- jakie to musiało być cudowne doświadczenie pozostania w filmie razem z matką w życiowych rolach córki i matki. Bo główna bohaterka jest prywatnie córką Andie Macdowell. Obie rewelacyjnie zagrały swoje postacie.  

 

Dodaj komentarz