Anglia lata 60-te. Mężczyzna już nie pierwszej młodości postanawia, że w imię celów wyższych nie będzie płacił abonamentu. I nie będzie też oglądał BBC. Bo abonament jest drogi i wielu starszych ludzi nie stać na jego płacenie. Grozi mu za tą niesubordynację względem organów ścigających takich jak on więzienie i ostatecznie tam też trafia. Na krótko, ale jednak. Niestety to nie jedyny wybryk dziadka. Ciągle gdzieś tam balansuje na granicy prawa oprotestowując niesprawiedliwość tego świata.
Aż w końcu robi numer stulecia i z Galerii Narodowej w Londynie kradnie obraz Goi „Portret księcia Wellingtona”. Obraz do którego ustawiają się tłumy. Aby go obejrzeć. A on chowa go do szafy tak, aby żona nie odkryła. Bo obiecał jej, że już wszystko będzie robił poprawnie, bez sprowadzania kłopotów na siebie i na rodzinę. Cel ma jasny w tym działaniu. Wie przecież, że obrazu nie sprzeda, ale może uda mu się co nieco ugrać z rządem.
Historia z pozoru absurdalna. A wydarzyła się naprawdę. W to zdarzenie w ogóle nie chce się wierzyć po obejrzeniu całości. Film angielski, z angielskim klimatem i żartem. Chwilę musiałam odczekać, zanim weszłam w ten nastrój. Ale poczynione to kino przez reżysera „Notting hill”, więc nie ma opcji, żeby był słaby. Ale oczywiście nie dla każdego. Mimo zapowiedzi, że kradzież była spektakularna itd., szybkości świetlnej w tym filmie nie oczekujcie. Za to jest humor, jak to u Anglików- sytuacyjny. I jest śmiesznie. Klimat lat 60-tych cudownie oddany. W drugiej części filmu- siedzisz jak na szpilkach i czekasz, co się wydarzy słysząc: „Jestem niewinny, Wysoki Sądzie”.
Polecam, tym bardziej, że dopiero wszedł do kin. Nie wszystkim, bo to kino angielskie, więc nie każdemu przypadnie do gustu. Ja bawiłam się dobrze. Podsumowując: no fajne to było kino
