Fenomen sportowego mówienia, czyli: Po co krzyczeć, kiedy Cię nie słyszą?

Kompletnie się nie znam na piłce. Mało tego jestem całkowicie odporna na wiedzę w tym zakresie. Mąż próbował milion razy tłumaczyć mi sens biegania za piłką. Nie przeszło ….

Ale dzisiaj przycupnęłam sobie na chwilę obok moich mężczyzn na kanapie. Początek meczu. Pan komentator patetycznym głosem wzywa drużynę, która przecież go wcale nie słyszy, do walki. Ale przecież oni go nie słyszą!

A kto go słyszy? Słyszą go kibice przed ekranem. I to do nich chyba w takiej chwili powinien mówić: „Usuń wszystko, czym możesz rzucić w telewizor. Nie powtarzaj wkoło, że to nie przedszkole i że tak się nie gra. Nie oczekuj, że Lewandowski zbawi świat. Przecież gra w drużynie i podobno z drużyną. Nie drzyj się z każdym nieudanym rzutem: „Ależ szła w bramę patrz aaaa…”. „Noż kurna nie w nogi”. „No biegnij tam! A on kurna stoi”.

I tak dziwisz się, ile można instruować tych biednych piłkarzy do momentu, kiedy nie usłyszysz wielkie YES! YES! Mamy to!
Tu działa chyba wielka siła przekonań. Oni wszyscy chyba wierzą, że im bardzie będą krzyczeli i pouczali, tym lepiej nasi będą grali. Taki przesył energii na odległość. Więc może tu po prostu analizę pogłębioną wyłączyć trzeba? I najzwyczajniej w świecie poddać się atmosferze?

Panowie bardzo kibicuję biało- czerwonym, ale nie zrozumiem tego fenomenu chyba nigdy😉

Dodaj komentarz