Dom Holendrów faktycznie jest domem Holendrów. Tyle, że Holendrów już nie ma. Zostały ich gosposie i opiekunka do dzieci. Dom w całości- z obrazami, biżuterią, masywnymi meblami i jakimś potężnym smutkiem, kupuje niejaki Conroy, który z pewnością traktuje go jako dobrą inwestycję, bo działa z sukcesem w branży nieruchomości. Przeprowadza się z żoną, która na dzień dobry oddałaby innym cały ten blichtr i bogactwo. Zresztą między innymi właśnie one prowadzą do tego, że zaczyna go nienawidzić. Są jeszcze dzieci. Maleńkie w momencie, kiedy matka opuszcza dom i znika z ich życia.
Poznajemy je jako dorosłe osoby, które nie mogą sobie do końca dać rady z traumami przeszłości. Z drugą żoną ojca, która przesunęła granice niemożliwości, z domem, który przyciąga, ale nie uszczęśliwia, z nieobecnością matki, której obecność ciągle jednak jakoś się czuje.
Książka smutna. Po prostu. Pokazuje jak bardzo dzieciństwo odciska na nas swoje piętno. I niby, że już jesteśmy wolni i możemy po swojemu, a tu „hop” i niefajne wspomnienia siedzą sobie obok nas. I nie sposób się ich pozbyć. Książka o przywiązaniu i potrzebie przynależenia. I miłości. I o wielu innych aspektach naszego zwyczajnego bytowania.
Dla mnie nierówna. Miejscami bardzo dobra, miejscami nudna. Postacie, nawet te które z natury rzeczy miały być charakterne, jakoś tak niedociągnięte. Niektóre wyblakłe i nijakie, ale może taki był zamysł autorki. Nie porywa, ale uważam, że warto przeczytać, jeśli akurat na szafce nocnej nie leżą inne pilne książki ze stosika wstydu.
