Amsterdam 2018- wiatraki, chodaki i my

Wiatraki, chodaki i my…
Jest kilka obrazów, które mamy przed oczami słysząc słowo Holandia. Na czele listy- poza używkami i czerwonymi latarniami oczywiście – znajdują się wiatraki, chodaki i ser. Na tulipany niestety się nie załapaliśmy…
 
W drugi dzień naszej krótkiej wycieczki wybieramy się na holenderską prowincję Zaanse Schans- dom dla wiatraków znad rzeki Zaan. Wiatraki zaczęto budować tam ok. 1600 roku. Początkowo przede wszystkim osuszały podmokłe tereny (przecież aż jedna czwarta terytorium Holandii leży poniżej poziomu morza). Dzięki pracy wiatraków powstawały poldery, czyli sztucznie osuszone tereny, otoczone groblami dla ochrony przed zalaniem. Z czasem wiatraki zaczęto używać również w innych celach- mełły zboża, przerabiały gorczycę na musztardę, produkowano w nich papier, obrabiano tytoń, konopie i inne dobrodziejstwa. Wytwarzały olej, służyły jako tartaki, wytwórnie barwników. Do końca XVIII w powstało ich ok. 1000. A potem wraz z pojawieniem się maszyn parowych przestały być potrzebne i stopniowo znikały z krajobrazu. Pomysł przywrócenia historii pojawił się już 1946 roku, ale dopiero w 1961 zaczęto zwozić wiatraki i domki w to miejsce. Cała operacja logistyczna zakończyła się w 1974 roku.
 
Wstęp do skansenu jest darmowy, zwiedzanie wiatraków kosztuje (4,5 EUR za wiatrak). Ma człowiek wybór, ile czasu chce tam spędzić. Poza wiatrakami można zajrzeć do fabryki klompów- tradycyjnych holenderskich chodaków, żeby zobaczyć jak powstają, można prześledzić proces produkcji sera i popróbować ich kilkunastu gatunków, zrobić przegląd typowych holenderskich pamiątek, a można po prostu pospacerować między domeczkami jak z obrazka, które- co niewiarygodne zupełnie, są zamieszkane. Musi chyba być trudno mieszkać tak z turystami zaglądającymi cały rok przez okna…
A i jeszcze jedno- trzeba co najmniej trzech godzin, żeby nacieszyć się tym sielskim krajobrazem:)
 
Po południu wracamy do miasta, idąc wzdłuż kanałów i zatłoczonych uliczek odnajdujemy Chińską Dzielnicę, gdzie można nabyć pozłacanego Buddę, dać się pomasować, albo zjeść kaczkę po pekińsku- inny, barwny świat…
Dochodzimy do Dzielnicy Czerwonych Latarni. Jak przystało na miasto portowe, prostytucja w Amsterdamie ma swoje długie tradycje, a oprócz tego jest legalna, dochodowa i dobrze zorganizowana. Nazwa pochodzi od oświetlonych na czerwono okien (ok. 500), w których skąpo ubrane panie wabią panów. Co ciekawe prostytucja uliczna jest w Amsterdamie zabroniona, dlatego kobiety nie mogą opuszczać swoich witrynek. Zainteresowany klient uzgadnia cenę przy drzwiach, wchodzi do środka, a za nim zasłania się ciężka czerwona zasłonka. Pod żadnym pozorem nie wolno robić paniom, ani ich klientom zdjęć, bo bardzo szybko stracimy aparat w jednym z pobliskich kanałów…
 
Oprócz okienek znajdziemy tutaj muzeum erotyki, prostytucji, marihuany, sklepy z artykułami erotycznymi, mniej lub bardziej eleganckie domu publiczne, kluby erotyczne, caffe shopy i … w samym centrum dzielnicy- kościół, a przed kościołem pomnik prostytutki z brązu. Lokalizacja kościoła nie jest przypadkowa. To tutaj niewierni wobec żon żeglarze, którzy szukali rozkoszy w ramionach prostytutek, przychodzili przed rejsem, żeby prosić o odpuszczenie grzechów. Z czasem „spowiadanie” stało się bardzo intratnym zajęciem- niektóre łodzie wypływały wcześnie rano przed otwarciem kościoła, więc marynarze za odpowiednią opłatą mogli wcześniej uzyskać potwierdzenie rozgrzeszenia, wystawiane niejako „in blanco”.
 
Dalej droga prowadzi nas na Nowy Rynek, pośrodku którego wznosi się majestatyczny budynek Wagi Miejskiej. Po co powstały wagi? Przede wszystkim po to, żeby przeciwdziałać oszustwom, a pobierane za ważenie opłaty stanowiły ważne źródło dochodu dla miasta (taka trochę akcyza, porównywalna do VAT-u). W tym budynku ważono ciężkie artykuły handlowe- bele, kotwice, pistolety. Dziś mieści się tutaj stylowa restauracja.
 
Ostatni punkt zaplanowany na dzisiaj to hałaśliwy i gwarny Plac Rembrandta. Na środku placu znajdziemy oryginalny pomnik artysty, nawiązujący do najsłynniejszego dzieła „Straż nocna”. Składa się z kilkunastu rzeźb, które przedstawiają obraz Rembrandta w formacie 3D. Sam oryginalny obraz nie musi zachwycać, nie zachwycił też samych modeli. Teraz uznany, kiedyś wzbudził taką niechęć namalowanych postaci, że spowodował spadek zamówień i w efekcie bankructwo malarza.
 
I to koniec wersji oficjalnej zwiedzania w drugim dniu pobytu. Ufff- trochę się tego nazbierało:) No może jeszcze krótka wizyta na wyspie muzealnej przy znanym napisie, tym razem bez deszczu…

Dodaj komentarz