„Cztery muzy” Sophie Haydock

Kto w szkole przy omawianiu nowych nurtów w malarstwie nie „olał” Egona Schiele? Chyba bardzo niewielu. Coś tam kojarzyłam, ale powiedzmy sobie szczerze- bardzo niewiele. Klimta i jego „Pocałunek” i owszem. A przecież panowie całkiem obok siebie tworzyli. Tyle, że Schiele za jego twórczość i sposób życia nazwali pornografistą i pederastą. A teraz jego obrazy sprzedawane są- za sztukę, żeby nie było wątpliwości- po 20- kilka mln dolarów.

I właśnie życie Egonie Schiele bazując na wiedzy, jaka dostępna, choć niekoniecznie cała powszechnie, opisuje książka „Cztery muzy”. A właściwie nie tyle historia jego życia, ile- jak już sam tytuł wskazuje- historia życia z czterema kobietami, które miały największy wpływ na jego malarstwo. Cztery muzy i cztery rodzaje miłości. Każda trudna. Ale bez nich nie byłoby wielkości Schiele.

Pierwsza to siostra. Ich związek może się wydawać wykraczał znacznie poza normy związku brat- siostra. Wielkie przywiązanie, wręcz przez długi czas uzależnienie. I malowana intymność.

Druga to Wally- rudowłosa piękność, która wydawałaby się, że w całym swym oddaniu i miłości, a przy okazji wyuzdaniu darowana mu na zawsze. Ale z nizin społecznych. A nie o to artyście do końca chodziło.

Trzecia to żona- kochająca, dbająca i poświęcająca się, bo pozowanie nago przed mężem, ale z poczuciem, że poza mężem zobaczy to świat, to nie była do końca jej bajka.

Czwarta to szwagierka. Chora z zazdrości. Wyczekująca odpowiedniego momentu, żeby wkroczyć do akcji i zagarnąć Egona tylko dla siebie. Poświęcając wszystko. I wszystkich.

I siłą rzeczy gdzieś te cztery kobiety muszą na siebie natrafiać. A punkty styku nie należą do bajecznych.

To jest książka do połknięcia. Napisana niezwykle dobrze, z tragiczną historią młodego człowieka wielkiego w swym talencie, łamiącego wszelkie standardy i nie dającego się zaszufladkować nikomu. I jego muz, które przy nim nie mogły być szczęśliwe. Ewentualnie były nimi tylko przez chwilę.

Do Wiedeń początku XX wieku. Świat artystów, rodzące się nowe, odważne nurty i ludzie nieznaną dotychczas innością, blokujący i krytykujący odstające od dotychczasowego, bardzo intymne spojrzenie na kobietę.

Nie ukrywam, że po tej lekturze pooglądałam sobie jego obrazy. I oczywiście marzy mi się zobaczyć je na żywo. Poszperałam i z zaciekawieniem poczytałam fakty z życia artysty. I teraz wiem. Wiem już dużo. Mało tego myślę, że obrazy Schiele rozpoznam wśród innych. Dlatego książkę tę zaliczę nie tylko do powieści historycznej, ale jeszcze do pięknie poszerzającej horyzonty. Bardzo polecam. To jest bardzo dobra lektura.  

 

Ocena:
8/10

Dodaj komentarz