Przekładając na nasze: ogromna uciecha i ciekawość przy wjeździe, niehamowany wzrost endorfin w trakcie odkrywania kolejnych kanałów i mostków i … w pewnym momencie przesyt. Przesyt ludzi, kramów z chińszczyzną i kiczu. A jednak mimo wszystko warto! Warto z różnych powodów. Nam jeszcze dane ją odkrywać, choć nie zawsze, bo zalewana regularnie, ale za jakieś 60- 80 lat zniknie całkowicie. Więc spieszmy póki czas i siły jeszcze.
Do Wenecji wracamy po 21 latach. Pamiętamy z tamtego wyjazdu najważniejsze miejsca, nie pamiętamy szczegółów. Wtedy to było ogromne bezkrytyczne zachłyśnięcie Włochami. Dzisiaj świadome zestawienie oczekiwań z przeżyciami.
Przy poznawaniu nowych miejsc lub powrotach po latach najważniejsze jest pocieszenie się ich klimatem, atmosferą. Bo właśnie to pozostaje najdłużej w głowie. Spokojne bycie, gapienie się na wszystko dookoła. Luksus czasu. I całkiem podobnie mamy z Wenecją. To miasto można zaliczyć- przejść przez Most Rialto, postać na Placu San Marco, wejść do Bazyliki Św. Marka, popatrzeć na Pałac Dożów, przejść się nadbrzeżem i zrobić zdjęcie z Mostem Westchnień w tle, popłynąć vaporetto – wodnym tramwajem, a w wersji bogatszej gondolą. I już! Kilka godzin i Wenecja zaliczona.
Tyle, że to nie po naszemu. Bo jeśli Wenecja ma 417 mostów i 170 kanałów, to znajdziemy tam zakątki, jakich w oficjalnym programie zwiedzania nie zobaczymy nigdy. I kamienice naznaczone już na zawsze wysokością wód, jakie się do nich wdarły. Wenecję trzeba „złazić”. Ruch kołowy zabroniony nawet dla rowerów, poczta przywożona samochodem do punktu, w którym można jeszcze przyjechać, potem przeładowywana na łodzie. Widok niecodzienny. A my mamy możliwość to wszystko sobie obserwować pokonując mostek za mosteczkiem- takie ciągłe wznoszenie się i opadanie.
Okazji na błogie „przycupnięcie sobie” na kawę jest mnóstwo, niektóre jednak jak Caffè Florian na placu św. Marka- druga najstarsza kawiarnia świata, otwarta w 1720 roku, zaprasza bardzo drogo w swe progi. Bo kawa i ciastko razy dwa to koszt ok. 50 EUR. Do tego po 6 EUR, jeśli muzycy muzykują na żywo i oczywiście stolikowe. I nazbiera się drodzy niezła sumka z tego. Kwestia wyboru i portfela.
Ale Wenecja to przecież karnawał i maski. I stroje, które przyprawiają o zawrót głowy. Maski te kiczowate za 3 EUR, te całkiem ładne już po 8 EUR, a te prawdziwe, włoskie z papieru mache to koszt dużo wyższy. Teraz maski sprawdzą się jako pamiątka na ścianie, no chyba, że idziemy na bal maskowy- wtedy jak najbardziej. Możemy czarować, przerażać, uwodzić haha. A wcześniej? Były pożądane, były potrzebne. Bo z maską w czasie karnawału każdy mógł być równy drugiemu statusem społecznym. I anonimowo powiedzieć to, czego nigdy nie powiedziałby bez niej. Ale mógł też szydzić i być rozwiązły. Wedle potrzeb własnych. Bo maska skrywa i odkrywa jednocześnie prawdziwe „ja” od setek lat.
Ale i tak pierwsze, co przychodzi nam do głowy słysząc słowo „Wenecja”, to nic innego jak gondole. Są wszędzie. Kiczowate, ze sztucznymi kwiatkami i krzesłami obleczonymi czymś często czerwonym. Ale są urokliwe, jak i gondolierzy. Jest ich 1000. I nie ma, że to tamto. Że pójdziesz sobie i wynegocjujesz cenę. Nie, bo cenę uregulowało miasto. Tak więc 30 minut i 80 EUR. Niezależnie od ilości osób w gondoli, a może ich być do 6. I tyle.
Ale można jeszcze inaczej, można przysiąść sobie z Aperolem, który bądź co bądź w Wenecji ulubionym drinkiem jest (pobito nawet rekord Guinessa wpiciu tego drinka na Placu Św. Marka- 2300 osób wznosiło toast właśnie Aperolem) przy dowolnie wybranym kanale i patrzeć jak dziesiątki gondol przewijają się koło nas. Jakie to piękne ucztowanie!
Obok takich całkiem znanych miejsc znajdujemy jeszcze takie nasze, bardzo nieoczywiste. Trafiamy do księgarni w której książki ułożone są na gondolach. A otoczenie księgarni tworzą książki zebrane po powodziach. Tego nie zobaczycie nigdzie indziej!
I tak to nasze zwiedzanie w ogromnym skrócie dobiega końca. Wenecja jest przecudna, jeśli odejmiemy to, co w konsumpcyjnym nadmiarze. Póki co nie ma jeszcze opłaty za jednodniowy pobyt w tym mieście. Ale pomysły na takową już są.
To był piękny dzionek w niesamowitym miejscu. Dziękujemy wszystkim naszym podróżnym kompanom, tym starszym i tym trochę młodszym, za wspólne chwile, wspólne odkrywanie zakrytego, za wspólny śmiech i spoglądanie na Wenecję z różnych perspektyw, co znacznie poszerzyło nasz punkt widzenia.
Zawekowaliśmy sobie to wszystko. Oj będziemy sięgali często







































