Dzień III- Jezu jak tutaj jest pięknie!
Plany bardzo ambitne, ale ułatwiamy sobie życie kupując bilet komunikacji miejskiej na 24 godz. Czyli wszystkie przejazdy wolne, ale bilet trzeba pokazać za każdym razem miłemu panu przy wejściu do metra. Najpierw jedziemy pod sam parlament. On robi wrażenie obojętnie z której strony oglądany…
Parlament ma 27 bram, 29 klatek schodowych, 13 wind i 700 pomieszczeń. Nieźle…Tysiąc osób wznosiło go przez 17 lat. Jest to największy budynek parlamentu na świecie. Chcemy wejść do środka. Bilety są, ale na późne godziny. Lepiej było zarezerwować w internecie. Zwiedzanie w różnych językach-po polsku niestety nie, cena uzależniona od tego, czy jest się mieszkańcem państwa należącego do Unii, czy nie. Dla nas ok. 26 PLN, dla innych- trzy razy więcej. Tak więc niestety tym razem nie zwiedzimy, a widziałam na zdjęciach i naprawdę warto. Ruszamy dalej.
Jakieś 300 metrów od Parlamentu natrafiamy na smutne wspomnienie historii Żydów w Budapeszcie. Podobno naziści codzienne ustawiali ok. 50-60 Żydów na nadbrzeżu przodem do Dunaju i zabijali ich strzałem w plecy. Wcześniej jednak kazali im zdejmować obuwie i pozostawić na brzegu rzeki. Dla upamiętnienia tych tragicznych wydarzeń odlano z żelaza 60 par butów, żeby choć przez chwilę przystanąć i pomyśleć o tym, co na szczęście już za nami.
Co do odlewania z żelaza różnych rzeczy i figur, to w Budapeszcie spotykamy bardzo dużo takich. Symbolizują różne wydarzenia. I tak na przykład przed samym parlamentem mój mąż przysiada zmęczony obok również zmęczonego pana.
Idziemy dalej. Nasz cel to Góra Gellerta. Aż się boję, bo z dołu wygląda to na konieczność niezłej wspinaczki.
Od mostu Elżbiety wchodzimy do góry najpierw docierając do siedmiometrowego pomnika biskupa Gellerta. Biskup to pierwszy z męczenników na węgierskiej ziemii. Nic dziwnego, że na stałe zagościł w pamięci Węgrów. Droga wcale nie jest taka straszna i na każdym rozgałęzieniu można wybrać zgodnie z samopoczuciem pomiędzy odcinkiem trudniejszym a łatwiejszym. Trzeba iść na górę dla tych widoków!
Dojście zajmuje nam jakieś 40-50 min. z przystankami i podziwianiem. A na samej górze? Jest pomnik wolności- figura kobiety unoszącej liść palmowy widoczna na cały Budapeszt. Dawniej u stóp kobiety stał radziecki żołnierz ze sztandarem w dłoni. Pomnik nosił wtedy nazwę Pomnika Wyzwolenia. A po upadku komunizmu nie bardzo było wiadomo, co z tym fantem zrobić i figura żołnierza została przewieziona do skansenu pomników komunistycznych. A kobita ostała się na miejscu.
Co jeszcze jest na górze? Cytadela, rozległy park i kilka straganów z takimi samymi jak wszędzie tandetnymi upominkami, tylko ze względu na miejsce trochę droższymi. Powiedzmy sobie szczerze, na górę trzeba wejść, ale ze względu na widoki, a nie jej zagospodarowanie.
Pochodziliśmy więc sobie trochę i schodzimy drugą stroną w dół natrafiając na hotel- kąpielisko Gellerta. Hotel powstał w miejscu średniowiecznego hospicjum, w którym leczono trędowatych. Turcy nazywali to miejsce „łaźnią pod gołym niebem”, dzięki źródłom termalnym, które wypływały u podnóża góry. Pisano również, że woda cudownie działała na „tyfus i suchoty.” Muł z tego miejsca zabierano w woreczkach do domu w celach leczniczych. Woda przyciąga nadal rzesze turystów. Warto wejść do środka, bo hol fajnie wygląda. Za odpłatnością można skorzystać z kąpieli w wodach termalnych. Termy dostępne są dla wszystkich, nie tylko dla gości hotelowych.
Chwilę później idziemy zobaczyć Kościół Skalny, podziemny kościół wybudowany w jaskini, nawiązujący do groty w Lourdes, którego historia nierozerwalnie wiąże się z Polską. Po kasacie zakonu Paulinów, który opiekował się kościołem na Węgrzech, zgromadzenie przetrwało dzięki polskim klasztorom w Częstochowie i Krakowie. Zamknięty na prawie 40 lat pełnił funkcję magazynu i stacji meteorologicznej.
Do Pesztu wracamy mostem Wolności, zwanym też samobójców. Bo ze względu na swoją konstrukcję, łatwo na niego wejść i rzucić się pod nadjeżdżające samochody blokując na dłuższa chwilę cały ruch. I korzystają ludziska z tej możliwości. W końcu „wolność’ różne imiona ma…
Powoli udajemy się do historycznej linii metra M1-wielkiej dumy budapesztańczyków. Pierwsza linia metra w kontynentalnej Europie, druga na świecie po Londynie. Posadowiona 2-3 metry pod ziemią, zbudowana w ciągu 2 lat w samej końcówce XIX w. Cudne małe klimatyczne stacyjki, 2 wagoniki- inny świat. Planujemy dojechać tą właśnie linią do Lasku Miejskiego- czyli zielonych płuc Budapesztu.
Wysiadamy na stacji Szechenyiego i pierwsze nasze kroki kierujemy w stronę kąpieliska o tej samej nazwie. Jeden z największych kompleksów kąpielowych w Europie korzysta z wód termalnych o temperaturze ponad 70 st. Są tu baseny kryte, odkryte, ciepłe i zimne. Na pewno atrakcją są wbudowane szachy, w które grają panowie mocząc się w wodzie. Ceny za wstęp ok. 60 PLN za cały dzień. Niestety nie mamy tyle czasu, żeby się pomoczyć. Fajnie by było przyjechać tutaj z dziećmi w zimie. Te parujące obłoki muszą robić wrażenie.
Idziemy dalej w stronę zamku Vajahunyad. Koło zamku siedzi podobno kronikarz Anonim trzymający w ręce pióro, którego dotknięcie ma pozytywnie wpływać na rozwój talentów literackich. W zamyśle mam opisanie naszego wypadu do Budapesztu, więc natchnienie mi potrzebne. Wiem już, że poszukać go muszę… I człowiek głupieje, bo wcale się nie spodziewał połączenia takich stylów w jednej budowli. A najlepsze jest, że w tym cudownym budynku za mną mieści się Muzeum Rolnictwa. Miejsce sobie niezłe wybrali. Dookoła fajny kompleks parkowy ze stawkiem i muzyką na żywo. Klimatycznie, tym bardziej, że właśnie kręcą tam film kostiumowy. Przystajemy, żeby popatrzeć na zmęczone już trochę aktorki.
Ku mojej rozpaczy okazuje się, ze Anonim nie wpasował się z scenariusz i przykryli go siatką i gałęziami. Ot i tyle z moich nadziei na talent literacki… Do zobaczenia w lasku miejskim pozostaje jeszcze dużo atrakcji, my podążamy jednak ku kolejnej wizytówce Budapesztu- Pomnikowi Milenium.
Kolumna o wysokości 36 metrów z rzeźbą Archanioła Gabriela na szczycie. Symbol tysiąclecia istnienia państwa węgierskiego. Budowany 30 lat. Zresztą takich symboli milenijnych można znaleźć z Budapeszcie bardzo dużo- metro, zamek, o którym pisałam wcześniej i dużo, dużo innych. A my pozwalamy sobie na dłuższą chwilę przerwy…
Tak w sumie to z rzeczy zaplanowanych pozostał nam jeszcze jeden punkt- Budapeszt nocą. Idziemy więc na zasłużony obiadek (znowu langoszJ), postanawiamy chwilę dłuższą odpocząć, żeby wrócić na wieczorny spacer w takich okolicznościach przyrody…




























