Budapeszt 2017- zaczynamy!

Dzień I- oswajamy język

Ha, jedziemy, a w zasadzie lecimy do Budapesztu! Jest początek lipca, dzieci na obozie, a my po raz pierwszy od 13 lat możemy jechać tylko we dwójkę. Cudownie!!! Wylot z Berlina liniami easy jet- koszt w obie strony na nas dwoje ok. 370 PLN. Lot trwa 1h i 10 min. Wita nas piękne słońce i temperatura zdecydowanie wyższa niż w PolsceJ

Jedno, czego natychmiast trzeba się oduczyć po przyjeździe na Węgry to próby zrozumienia języka węgierskiego. Spokojnie można go potraktować jak chiński wśród języków europejskich- jest podobny do niczego. Próbowałam metodą skojarzeń zapamiętać najprostsze zwroty- nic z tego. Żeby nie być gołosłownym mam kilka przykładów:

  • dzień dobry – jo napot
  • dziękuję – kesenen
  • tak – igen
  • nie – nem
  • na zdrowie – egeszegedre

Po przylocie kierujemy się prosto do biletomatów, żeby kupić bilety. Ha- nie jest to takie proste! – przełączenie na inne języki nie działa. Całe szczęście na lotnisku jest informacja turystyczna i mówią i po niemiecku i po angielsku. To może bardziej konkretnie:

  • Pojedynczy bilet – 350 HUF (ok. 5 zł)
  • Bilet przesiadkowy na dwa przejazdy – 530 HUF (ok 7,5 zł)
  • Bilet 24 godzinny – 1650 HUF (ok 25 zł)
  • Bilet 72 godzinny – 4 150 HUF (ok 65 zł)
  • Bilet 7 dniowy – 4 950 HUF (ok 71 zł)
  • 10 biletów jednorazowych – 3000 HUF (ok 43 zł)

Jak już wiemy, co chcemy, to trzeba to jeszcze kupić. I tutaj zaczyna się problem operowania setkami i tysiącami forintów. Przy naszej ubogiej w zera walucie cały czas wydaje nam się, że w portfelu mamy prawdziwe miliony. Na początek polecam po prostu kalkulator. Po kilku godzinach opanowujemy sztukę liczenia pieniędzy przynajmniej na poziomie dobrym.

Więc jeśli mamy już bilety, to możemy korzystać z komunikacji miejskiej. A ta działa cudownie w Budapeszcie. Metro jeździ co 3 minuty, tramwaje i autobusy równie często. Dlatego ruch turystów rozładowuje się bardzo szybko. Ale co jest zupełną nowością dla nas- przy wejściu do metra nie ma bramek, tzn. są, ale takie żywe. Stoją panowie i zerkają na bilet. Jeśli go nie masz z uśmiechem odsyłają Cię do biletomatu. Myślę, że ten uśmiech to też tylko do czasu… Nie zapłacisz kary, bo w metrze nie ma kontroli. A jak nie masz biletu, to i tak musisz go kupić, żeby wejść. Proste- no nie?

Do naszego apartamentu trafiamy bez większych problemów. Dunaj przedziela Budapeszt na dwie części: Budę- teren pagórkowaty oraz Peszt- teren płaski, nawet bardzo płaski. My mieszkamy w Peszcie w dzielnicy IX- nie całkiem w centrum, ale ciągle jeszcze w obrębie głównej części miasta. Chwila wytchnienia i idziemy coś zjeść. W mieście natrafić można na wszystkie kuchnie świata, piszą nawet, że serwują tradycyjną kuchnię węgierską, ale poza gulaszem niewiele węgierskiego mają w ofercie. Ponieważ jesteśmy głodni, nie szukamy długo, tylko decydujemy się na jeden z wszechobecnych hummus barów- tanio i dobrze. Z pełnymi żołądkami udajemy się nad Dunaj. Ślicznie jest- mosty i budynki w oddali robią wrażenie. Przy nadbrzeżu mnóstwo kafejek z leżakami, można też od razu przy zamówieniu dostać koc. Powoli zaczyna się robić ciemno, więc kulturalnie wykładamy się na leżakach, zamawiamy tokaj- w końcu nie jesteśmy tu dla przyjemności- spróbowanie tego trunku to wręcz obowiązek. Tokaj smakuje- zarówno w wersji sweet jak i dry.

I tak podziwiamy sobie, to co przed nami. A zresztą po co to opisywać. Zdjęcia i tak więcej oddają…

Robi się późno. Powoli wracamy spacerkiem do naszego mieszkanka. Po drodze natrafiamy przypadkowo na takie perełki…

Tylko trzeba wziąć pod uwagę, że to już drugie spojrzenie na miasto. To pierwsze na przedmieściach nie pozostawia takiego wrażenia. Dużo pięknych, ale zniszczonych budynków, dużo budynków niepięknych wcale, niezadbana zieleń- szaro i często brudno. Krajobraz zmienia się to bardzo w miarę zbliżania się do centrum miasta.

Dodaj komentarz