Bawaria 2015- Ścieżka Dumania

Ścieżka dumania

Dzień wita nas deszczem i straaaasznym wiatrem. Leniuchujemy każdy jak umie, czekając na lepsze wiatry. Ok. 11.00 przejaśnia się na tyle, że możemy wyruszyć w drogę. Idziemy na wschód od naszego pensjonatu. Naszym celem jest „ścieżka dumania”. Po jakiś 3 km czasami w górę, czasami po równinie dochodzimy do miejsca, gdzie zaczyna się owa ścieżka. Informacja głosi, że potrzeba ok. 1 godz., żeby ją przejść. Nam zajmuje to 3 godziny, bo jest tak urokliwie, że w niektórych miejscach po prostu leżymy sobie na alpejskich łąkach i korzystamy z chwili.

Na początku trasy rozdzielamy zadania. Dzieci na 1 stacji otrzymują książeczkę z mapą trasy (w skrzynce, dla wszystkich wchodzących na trasę), przydzielamy im stacje do odnalezienia, żeby nie było kłótni, kto pierwszy odnalazł. Na każdej stacji na ścieżce dumania- a jest ich 6- oprócz mądrych tekstów dla dorosłych, które koniecznie trzeba przełożyć dzieciom na ich język, jest jakieś zadanie do wykonania. I tak na przykład mówiąc o czasie, który mam zorganizować tylko dla siebie, muszę przejść w milczeniu przez labirynt- dosyć długi, choć z pozoru bardzo prosty. Z tym milczeniem nam nie wyszło, ale cała reszta i owszem. Na stacji mówiącej o potrzebie znalezienia czasu dla innych, muszę przejść przez równoważnię, aby dojść do celu. Próbują wszyscy. Jak nie uda się za pierwszym razem, przechodzimy po raz kolejny. Tak jak to w życiu bywa z tym balansowaniem…. Ale i tak najfajniejsza stacja dla dzieci znajduje się tam, gdzie kładąc się na platformie w kształcie kwadratu spoglądamy na umieszczony u góry trójkąt, który ma nam dodać siły. Aby wzmocnić działanie siły z góry jemy batoniki i siłę czuć od razu- wszyscy są zachwyceni. Tak idąc przez kolejne stacje dochodzimy do ostatniej. Dzieci kręcą kołem z sentencjami i dowiadują się, że muszą się śmiać, bo dzięki temu świat jest jaśniejszy, ale muszą też płakać, bo wtedy ból mniej boli.

A my uświadamiamy sobie, że zgodnie z mottem tej stacji czas biegnie dalej. A my z nim. Życie składa się z takich właśnie chwil i nie wolno ich zmarnować. W poczuciu niezmarnowanego czasu wracamy więc urokliwą trasą do naszego pensjonatu na obiad. Dzieci koncentrują się na krowach, obecnych wszędzie, my na powalających widokach. Cudowne trzy godziny ukradzione tylko dla nas.   

Po południu idziemy na dobre lody i plac zabaw. Ale zanim to dobre idziemy dowiedzieć się, jak najlepiej dostać się na najwyższy szczyt w okolicy Alpspitze (1575 m). Oczywiście jest wyciąg, można podjechać albo do połowy drogi, albo prawie pod szczyt, ale pani przy kasie na moje pytanie, czy Basia da radę podejść, z uśmiechem mówi, że mniejsze dzieci też chodzą i mamy próbować. No to spróbujemy, w końcu przyjechaliśmy tutaj powędrować po górach, ale już nie dzisiaj.

W centrum odkrywamy drogę bardzo rozrywkową prowadzącą przez tutejsze browary. Wersja dłuższa to ponad 9 km, wersja krótsza 5 km. W parku zdrojowym znajdują się miejsca, w których można robiąc taką „browarową trasę” zamoczyć nogi, pomoczyć ramiona, umyć twarz dla orzeźwienia i heja dalej do następnego browaru. Trzeba to lubić, ale nie wątpię, że nie jeden turysta idzie tą drogą. Docieramy do naszego celu. Plac zabaw otwiera majowe drzewko, które na rozpoczęcie wiosny uroczyście przystrajają mieszkańcy. Na drzewku obrazki najpopularniejszych zawodów w Nesselwangu reprezentowanych od XVII wieku. Plac zabaw z częścią dla mniejszych dzieci i wymagającą dla większych. Trochę sprawnym trzeba być, żeby zaliczyć część trudniejszą. 

Wracamy wieczorem. Jeszcze tylko tenis stołowy, na który dzieci załapały bakcyla i scrabble. I tak właśnie kończy się kolejny dzień.   

Dodaj komentarz