To gdzie my w końcu jesteśmy? Hiszpania czy Wielka Brytania?
Wszystko jakoś inaczej. Kontrola graniczna, bo to zamorskie terytorium Wielkiej Brytanii, czerwone budki telefoniczne, tylko ruch teraz już prawostronny, jeszcze całkiem niedawno jeździło się lewym pasem. Małe miasto- państwo: 6,5 km2, z jedynym takim pasem startowym dla samolotów, który trzeba przejechać, żeby dostać się do miasta. Zjawisko to samo w sobie, bo: przez pas startowy prowadzi droga dwupasmowa, ścieżka dla rowerów i pieszych. Na kilka minut przed lądowaniem bądź startem samoloty po prostu zamykają przejście i już! Stoisz człeku i czeka, a przed twoim nosem kołuje sobie samolot. No jest przeżycie na pewno.
Na Gibraltar chcieliśmy jechać z różnych względów. Jednym z powodów były małpki- makaki. Żyją sobie na wolności te słodkie złodziejki. Trzeba uważać na wszystko co się ma na sobie i w torbie. Ukradną i kolczyki i portfel. Spotkać je możemy na ogromnej skale- The Rock of Gibraltar, która już z daleka informuje nas, że oto zbliżamy się do Gibraltaru. Trzeba nań wjechać, bo wejść nie dadzą – busem lub wyciągiem linowym- ale to przy słabszym wietrze. Wjechać i podziwiać widoki. Po prostu.
Mamy i my Polacy na tym dziwnym skrawku świata swój akcent- pomnik gen. Sikorskiego- to tutaj zginął wybitny strateg i polityk. Miejsce ma upamiętnić katastrofę i przywoływać jej historię turystom. Kiedy docieramy pod pomnik, widzimy wiązankę kwiatów złożonych u jego podstawy. Pamiętamy…
Wieje co prawda strasznie w tym punkcie, ale jak popatrzeć przed siebie widać po drugiej stronie zarys ziemi afrykańskiej- wierzyć się nie chce!
Dochodzą nas odgłosy modlitwy z meczetu. Nie wejdziemy do środka, ale nawoływania możemy sobie posłuchać. Biały budynek na tle skały. Ot i prawie cały Gibraltar. Trzeba to zobaczyć koniecznie!






