„Niektórzy rodzice nie wiedzą, jakimi są szczęściarzami. Boleją nad trójką z matmy albo brakiem paska na świadectwie. Frajerzy. Każdego dnia powinni skakać z radości pod sufit albo i do samego nieba, że ich dzieci chodzą do szkoły, a oni nie czekają cały dzień w napięciu- kiedy zadzwoni?”
A okładka taka sobie lajtowa. Pasuje do treści bez dwóch zdań, ale wcale nie pokazuje kalibru tej książki. To nie są popierduchy. To jest książka o tym, jak trudno być rodziną i spełniać przypisaną w niej rolę w obliczu ogromnej tragedii- wypadku dziecka i wizji inwalidztwa.
Edyta chyba już nigdy nie stanie sama na nogi. Ale walczy wspierana przez całą rodzinę. Jest prawdziwą szczęściarą, bo ma przy sobie najbliższych. Cały długi czas. Dopóki ma nadzieję, dopóki nie dopadnie jej depresja, dopóki wszystko inne nie przestanie mieć znaczenia. Choroba pozwala jej poznać się jeszcze lepiej. I wie, że reszty życia nie chce być taką osobą, jaką była i jaką jest.
Wizja inwalidztwa rzutuje na całą rodzinę. Czy małżeństwo, które poświęca się w całości dla córki może jeszcze spełniać swoją intymną małżeńską rolę, tak inną od rodzicielskiej? Jakie pokłady cierpliwości ma rodzic, którego dziecko wyżywa swoje lęki, nieszczęście właśnie na nim? Czy można pogodzić się z pewnymi decyzjami dziecka, jeśli wierzy się zupełnie w coś innego i inaczej? Czy można dziecko zaakceptować absolutnie?
Jakie rodzicielstwo potrafi być trudne. To znowu taka historia, która pokazuje, że nie ma nic cenniejszego niż zdrowie dziecka i bezwarunkowa miłość. I jeszcze odpowiedni punkt odniesienia. Ot i cały przepis na szczęście. Szukajmy szczęścia w powszechności. Ono wcale nie musi nosić się spektakularnie …
