Sycylia 2022, dzień IV jakże urokliwa Dolina Świątyń i Schody Tureckie albo Turków- jak kto woli

Zasada nasza generalna jest taka, że jeździmy sobie zwiedzając transportem publicznym, bo po pierwsze tanio, po drugie można się zawsze lokalnymi trunkami raczyć. Wszyscy mogą po równo. I odpowiedzialności mniej i luz większy. I transportowych przeżyć zawsze co nie miara. Same plusy, poza jednym istotnym minusem- nie wszędzie się dojedzie niestety. Tak więc dochodzimy do wniosku, że aby zobaczyć to, co planujemy, musimy wypożyczyć samochód.

O naiwności moja! Myślałam sobie, że to tak mało trzeba, żeby to załatwić. Wejść na stronę, zarezerwować, podpisać umowę, zabezpieczyć i wziąć do ręki kluczyki. Nic bardziej mylnego. Po pierwsze potwierdzenie, które dostaliście wcale nie musi nic oznaczać. Nie musi na przykład oznaczać, że biuro firmy od której wypożyczacie faktycznie mieści się pod wskazanym miejscem na lotnisku. Po drugie wcale nie oznacza, że po drugiej stronie ktoś będzie komunikował w języku innym niż włoski. A te dwa punkty już w zupełności wystarczą, żeby popaść w skromne, przynajmniej czasowe problemy. Daliśmy radę, ale tak czy siak trochę nerwów nas to wszystko kosztowało. Teraz już bez emocji oczywiście napiszę- warto było się podenerwować, ale wtedy… uciekł nam czas. I to było najgorsze. 

A wycieczka niedzielna to wycieczka na cały dzionek. Oczywiście jeśli chce się po kosztować a nie zaliczać. 

Tak więc najpierw jedziemy sobie do Agrigento. Celem naszym jest Dolina Świątyń. Samochodem z Katanii to dobre 1,5 h. I cóż ja mogę napisać na ten temat. Świątynie stoją sobie w Parku Archeologicznym  na odcinku ok. 2 km. Są świadectwem istnienia Wielkiej Grecji. Pięć ich jest. Częściowo zachowanych od V wieku w stanie bardzo dobrym. Nie będę opisywała wszystkich po kolei, niech przez zdjęcia przemawiają wieki. 

Przed jedną z najpiękniejszych nasz artysta, niestety już nieżyjący, Igor Mitoraj pozostawił swojego Ikara z jego złamanym skrzydłem. Jakie to robi wrażenie… Ikar wymacany w miejscu swym intymnym przeokrutnie, ale znosi to dzielnie haha. Nie byłam w Atenach, nie mogę porównać tej Doliny Świątyń do Akropolu, świątyni do świątyni. Ci, którzy byli mówią, że zdecydowanie większe wrażenie robi właśnie to miejsce. Ogromny wiatr, ale taki na pół ciepły, więc chyba tak to jest i tak to było na takich świętych wzgórzach. Cudowny spacer w totalnej zadumie i ciągłym pytaniu się, jak oni to wybudowali. Tak równo i bez sprzętu. Można spędzić spokojnie 3-4 godzinki.

A potem jedziemy ciut dalej. Kiedyś widziałam to miejsce na zdjęciach. I tak bardzo sobie myślałam, jak bardzo chcę je zobaczyć na żywo. I udało się, choć tylko częściowo. Bo zabrakło nam czasu, żeby posiedzieć tam dłużej i pozachwycać się. Ale i tak widziałam, przeżyłam, byłam!!! Mowa o Schodach Tureckich. Co to? Nic innego jak wysoki na 90 metrów klif z charakterystycznej, wapiennej skały osadowej (powszednie zwanej marglem).
Woda podmywała klif nadając mu z czasem charakterystyczny kształt schodów. Słońce dodało swojego do całości, bo spowodowało, że skała zmieniła kolor na biały. Wrażenie jest imponujące. 

Oczywiście, że mamy tutaj legendę, którą trzeba przytoczyć. A historia wcale radosna nie jest. Nazwa Scala dei Turchi, w zasadzie do tłumaczenia jako Schody Turków, pochodzi od piratów (niesłusznie nazywanych przez miejscową ludność Turkami), którzy zatrzymywali się w tym strategicznym, osłoniętym przez wiatry miejscu, żeby wejść po “wapiennych schodach” na górę i napadać na okoliczne wioski. Ot i tyle. 

Przepiękne miejsca. Przepiękne. Zdjęcia schodów częściowo nasze, częściowo (3 ostatnie) zapożyczę z neta, bo takich nie mam. A pięknie obraz całości dopełniają. Wycieczka na cały, calusieńki cudowny dzień. Bardzo polecam i bardzo się cieszę, że tam byłam. 

Ten post ma 2 komentarzy

  1. Ewelina

    Oj, był to dzień pełen emocji. Szkoda, że wszelkie dojścia do schodów tureckich były zamknięte i trzeba było wielkie koło zrobić. Szkoda również, że droga powrotna była częściowo zamknięta i trzeba było kolejne koło zatoczyć. Plusem były piękne widoki, jednak sporo kilometrów zrobiliśmy.
    Hehe, nie wspomniałaś o stacjach benzynowych ???ale to może w innym miejscu, w podsumowaniu np.

    1. Magda i Tomek

      Jak ja mogłam zapomnieć o stacjach benzynowych? Przecież to nas nieźle nerwów dodatkowo kosztowało. Bo, żeby oddać samochód, trzeba przecież zatankować. A zatankować nie można, bo na pięciu stacjach w pobliżu dystrybutory pozamykane na kłódkę, obsługi brak, samemu też nie ma jak. Folklor włoski nie zna granic haha

Dodaj komentarz