Reżyser kobiet, czyli Almodovar i jego „Matki równoległe”

Dwie kobiety spotykają się na porodówce. Obie zaliczyły wpadki. Obie zostają same. Ta starsza (Penelope Cruz) jest po czterdziestce. Ta ciąża z przypadku to dla niej ostatnia szansa na macierzyństwo. Ta młodsza- jeszcze nastolatka (Milena Smit) zaszła w ciążę z gwałtu kumpli. Zastraszona nie zgłosiła tego na policję. Rodzą dokładnie w tym samym czasie. Mimo znacznej różnicy wieku postanawiają pozostać w kontakcie. Jak bardzo życie połączy ich ze sobą, tego w momencie opuszczania szpitala nie podejrzewa żadna z nich.

To wątek wiodący w filmie. Wypełnia środek. Ale klamra w tym filmie jest zupełnie inna. To temat zupełnie odrębny i chciało by się powiedzieć na zupełnie inny film. O Almodovar postanawia po raz pierwszy chyba w swoim dorobku pójść w stronę polityki i historii. I to tej tragicznej. Wojna domowa w Hiszpanii. Franco. Okrucieństwo. Mord. Bratobójstwo. Wątek ujęty jakby na marginesie, ale gdyby go nie było, nie byłoby też ciąży i nie byłoby takiego zakończenia, jakie zafundował nam reżyser.

To tyle na temat treści, bo szkoda więcej mówić. Trzeba samemu odkryć to zakryte. A teraz o wrażeniach. Mieszane. Absolutnie nie żałuję, żeby była jasność. Tylko nie wiem, czy od Almodovara nie wymaga się czegoś więcej. On lubił zaszokować, wzbudzić emocje. A tutaj jest spokojnie, ba nawet trochę „po Bożemu”. To, na co zawsze można liczyć, to przepiękne kolory. Wszędzie- w domu, krajobrazie, w ubraniach. Kobiety, których urodę wynosi na piedestał. I gra Penelope Cruz, która jest więcej niż znakomita. I choćby z tego powodu warto wybrać się do kina.

Ocena:
7/10

Dodaj komentarz