Fedelta- wierność. To tak pięknie brzmi po włosku. Bo ten serial jest niby do bólu włoski. Włoszki przepiękne. Ubrane miejscami, że ach, a główna bohaterka ma chyba z osiem płaszczy. I ja sobie właśnie uświadomiłam, że ja ani jednego… I Włosi- cała paleta urokliwości, każda pani znajdzie swojego faworyta. Do tego Mediolan, który zobaczyć muszę, bo się uduszę. Na dokładkę Rimini, espresso i w ogóle tam wszystko jest włoskie.
Tylko temat przewodni uniwersalny. Bo co, jeśli miłość utknęła w połowie drogi? Wtedy dzieją się rzeczy nieprzewidywalne, motamy się z kąta w kąt, a podobno rozwiązanie jest na wyciągnięcie ręki. Hmmm.
No więc oni są małżeństwem. On poczynił jedną książkę i ma kryzys twórczy. Zarabia na życie prowadząc zajęcia z pisarstwa na uniwersytecie. Wyzwala w studentach kreatywność, karze iść głęboko w siebie i znajdywać odpowiednie zakończenia.
Ona pracuje w biurze nieruchomości. Jest współwłaścicielką. Marzy jej się większe mieszkanie dla nich niż dotychczasowa kawalerka. Ale chyba jeszcze ich nie stać. Muszą poczekać do kolejnej jego książki.
A on potrzebuje muzy, albo jakiegoś przełomu, albo czegoś, co będzie mu kazało przelać myśli/emocje na papier. I wychodzi na to, że muzę ma całkiem blisko.
Tymczasem kontuzja w nodze wymusza na niej rehabilitację. No a rehabilitant bardzo skrupulatnie podchodzi do swojego obowiązku. Tak jakby też muzę miał całkiem blisko.
Serial całkiem nowy na Netflixie. Tych pod tym samym tytułem już trochę powstało. I pewnie każdy z nich wywoła tyle pytań, ile ten.
Bo pokusy czyhają na każdego za każdym rogiem. Czy mamy na tyle siły, żeby nie spróbować? Czy wierność jest trudna? Czy zawsze warto mówić prawdę? I czy całkiem całą? Czy małżeństwo rzeczywiście oznacza, że musimy schować się do skorupy? Dlaczego tak wielu z nas rezygnuje w związku z wcześniejszych marzeń? Czy dopiero kryzys pozwala do nich powrócić? Czy kryzys rozwija? I czy nowy związek na pewno daje nowe szanse? Co z tym zaufaniem nie tak? Czy jednak hasło: „Ufam, ale kontroluję” najbardziej do nas pasuje? Ja bym tych pytań jeszcze ładnych kilka wymieniła.
Czym dla mnie był ten serial? Po pierwsze bardzo miłym popołudniem. Po drugie refleksją i przyczynkiem do dyskusji z mężem. Po trzecie powodem- spłycę trochę- żeby na garderobę mą popatrzyć haha. I żeby zatęsknić za Włochami, czyli motywatorem. Bo ja chyba tak całkiem w środku to Włoszką jestem.
Sześć odcinków. Krótkich. Pierwszy sezon. Drugiego póki co nie ma. I dobrze. Bo przemyśleć co nieco trzeba. Ja póki co polecam. Serial bez przekleństw, ale niepokojący. Z nutką erotyzmu całkiem smacznego. I wieloma niedopowiedzeniami między dialogami. Obejrzyjcie.
Aaaa o muzyce nie wspomniałam- miodzio:)
