Z czym Wam się kojarzy Ślęża? Gdzieś tam z tyłu głowy Noc Świętojańska? Kwiat paproci? Sobótka? Tańce pogańskie przy ogniu? Ewentualnie wersja hardcorowa- brama do piekieł i Lucyfer.
Wszystko się zgadza. Jeszcze w szkole uczyli nas o tym. Po latach dojrzeliśmy na tyle, żeby stwierdzić- nie wracamy do domu prostą drogą. Jak już jesteśmy we Wrocławiu, zobaczmy Ślężę. W końcu legendy, mistyka i inne tam takie przyciągają. A do tego Ślęża należy do korony Gór Polski. Nie za wysoka, bo to tylko 717 m, więc i zbytnio się nie namęczymy.
Tratatata. To były założenia. A rzeczywistość pocovidowa jest straszna. Jesteśmy zasiedziali, bez ruchu, bez formy. Górka niewielka nas wykończyła.
No to może po kolei. Jedziemy do Sobótki, a potem nad Przełęcz Tąpadła. Szlakiem żółtym wejście na szczyt zajmie nam zgodnie z informacją na kierunkowskazie 1,5 h. Zaczyna się łagodnie. I przez całą trasę nie ma tragedii, ale formy brak. 6 punktów odpoczynkowych po drodze. Każdy z nich daje nadzieję, że finał coraz bliżej. Droga zajmuje nam lekko ponad godzinę.
Na szczycie kościółek, krzyż milenijny. I miś. On też powiązany jest z historiami tego miejsca. Zaatakował kobitkę niosącą ryby, bo się z nim droczyła podobno. I ku przestrodze wykuli w kamieniu pomnik, żeby ostrzec innych.
Wchodzimy na wieżę widokową. Dopiero z tego miejsca widać wszystko. Nawet ośnieżony szczyt Śnieżki. W takich miejscach zawsze piszą ludziska różne bardziej lub mniej mądre rzeczy. I tym razem znajdujemy różne mądrości, które wywołują uśmiech na twarzy. Chociaż, jak tak głębiej przeanalizować….
I na szczycie tej wieży widokowej, w punkcie, kiedy wyżej się już nie da, dopada nas duma, że jednak zdobyliśmy się na ten wysiłek. I związana z tym radocha, że postanowiliśmy inaczej wracać do domu.
A tak już zupełnie na sam koniec nachodzi nas myśl taka, że warto zbaczać, bo takie chwile jak te na wieży, czekają na nas w ukryciu, a nie na prostej drodze. I trochę jednak trzeba się wysilić, żeby potem móc powiedzieć: „Ale fajne to było”.
Mamy nadzieję, że udało nam się choć trochę zarazić Was naszym entuzjazmem związanym z odkrywaniem Wrocławia i jednym, ale jakże istotnym punktem w jego najbliższej okolicy- Ślężą. I bardzo polecamy taki trochę przedłużony weekend w tych miejscach.
Ściskamy x 4












Potrafisz zarażać optymizmem. Czyta się Twoje teksty i człowiek już by chciał drapać się (i sapać!) na Ślężę. Zgadzam się, że gdy coś kosztuje nas trochę wysiłku, to potem poziom endorfin rośnie wprost proporcjonalnie.
Ania dziękuję bardzo. Ale przypomnę tutaj wszem i wobec,że wiele rzeczy w moim życiu odbyło się, bo to Ty mnie zaraziłaś? Z próżni się to nie wzięło haha
Pingback: Podróżnicze podsumowanie roku 2021, czyli wszystko było piękne, ale mało mi… – Przyokazji