Dzięki Ani i Monice wybieramy się znaczną grupką w pełni zimy ku lepszej pogodzie i pięknym widokom. Lądujemy w Nicei, która staje się naszą bazą wypadową. A nasz hotel? No lepiej być położony nie może. Bo prawie przy samej Promenadzie Anglików– najsłynniejszym jak nie patrzeć deptaku świata. Kiedy zaraz po przybyciu idziemy na pierwszą przechadzkę i pierwsze zapoznanie się, pod wrażeniem są wszyscy. Z jednej strony lazurowe morze z drugiej przepiękne kamienice, boskie hotele (zdecydowanie nie na naszą kieszeń), kawiarenki. I dużo osób spacerujących, biegających, na rowerach i tych czytających. A spacerować można tak długo, bo promenada liczy sobie bagatela 7 km.
Wiele budynków przyciąga wzrok, ale tego jednego, szczególnego, znanego na całym świecie nie sposób nie zauważyć. Hotel Negresco– pięciogwiazdkowa ozdoba Nicei, miejsce spotkań i noclegów aktorów i bogaczy. Z noclegiem byłoby raczej trudno, ale popatrzeć sobie możemy. Zresztą nie tylko my.
Naszym celem jest jednak centralny punkt miasta, czyli słynny Plac Massena. Tam trzeba spojrzeć koniecznie pod nogi, bo chodzimy po czarno- białej szachownicy. Na wysokich słupach umieszczono świecące nocą posągi symbolizujące siedem kontynentów. A na środku placu? Ten pan to Apollo w całej swej krasie. Stoi po środku fontanny słońca.
No i nie ma oczywiście miasta bez starego miasta. Małe klimatyczne uliczki, kawiarenki, eh pięknie jest. Trzeba wziąć sobie czas i po prostu się pogubić w tych nicejskich zakamarkach.
I dzionek powoli chyli się ku zachodowi. A my wieczorem pędzimy na Wzgórze Zamkowe, żeby sobie popatrzeć. Na oświetlony port, latarnię, kamienice. Urokliwe to bardzo, ale jeszcze nie chce nam się wierzyć, że to wszystko jest „na żywo”















