W zasadzie mieliśmy dotrzeć aż do samego Amalfi. Okazało się w trakcie, że droga uszkodzona i autobus nie pojedzie dalej. Zresztą podróżowanie po wybrzeżu to osobna historia. My jedziemy autobusem najpierw do Sorrento, po spacerze i kawce w tym miejscu do Positano. Trzeba mieć albo mocne nerwy, albo dobre tabletki uspokajające. Na pewno nie można mieć choroby lokomocyjnej. Kierowca mknie z taką wprawą i taką prędkością po tak krętych i tak wąskich drogach, że człowiek zastanawia się czy dojedzie cały.
Po pierwszych szoku dochodzi do wniosku, że nie ma wyjścia i musi zaufać temu gościowi z przodu, a jak szok zaczyna odpuszczać człowiek zaczyna się delektować tym, co widzi za oknem. A za oknem widoki nieziemskie. Wszystkie dźwięki, które wydają pasażerowie w autobusie to mieszanka zachwytu ze strachem. Mam też wrażenie, że strach jakby dopinguje kierowcę.
Ale kiedy zdasz sobie sprawę, że oto przed Tobą jedno z najpiękniejszych wybrzeży świata i Ty tam jesteś właśnie, to wiesz, że jeśli przeżyjesz, to już tylko muisz się raczyć:)
Wysiadamy w Positano. Jest urokliwie. Po prostu. Urokliwość miejsca podkreśla Limoncello, tradycyjny likier cytrynowy, który smakować może tak tylko w tym miejscu. To jest dzień przeznaczony tylko i wyłącznie na kosztowanie widoków i gromadzenie wrażeń „na zaś”. Siedzenie na plaży i zatrzymanie się. Ehhh pięknie!!






