Madera- tak wygląda miejsce szczęśliwości
Poczucie szczęścia ogarnia nas już na samiutkim początku. Bo nie da się wylądować na jednym z najbardziej niebezpiecznych lotnisk na świecie i nie być szczęśliwym, ze się wylądowało. Pilot leci wprost na skały w ostatnim momencie wykonuje ostry skręt, po czym sadza maszynę na pasie startowym. I nie każdy pilot może tam lądować. Tak więc cali i zdrowi udajemy się do Funchal- stolicy wyspy, która na kilka dni stanie się naszym domem.
Funchal zapamiętamy z przeuroczej uliczki na starym mieście, gdzie prawie codziennie raczyliśmy się rewelacyjną tutejszą specjalnością eszpadą. Drzwi tam prawie każde fajnie pomalowane i atmosfera bardzo sielska. Dla fanów futbolu posąg Ronaldo, który tutaj się urodził, to chyba duże coś. Pomnik strzeże portu do którego wpływają duże statki pasażerskie. A dookoła natura i to ta pięknie kwitnąca. Parki, skwery, rabaty. Bo przy tych temperaturach nawet w lutym jest kolorowo. Rośliny kwitną tu cały okrąglutki rok.
Dochodząc do tego, co na wyspie Madera ma nazwę Madera dochodzimy do fabryki, muzeum z degustacją i sklepem ze słynnym winem Madera. Kosztujemy z przyjemnością😊
Trafiamy na dwupoziomowy targ Mercado dos Lavradores. Przed targiem jakiś zespół gra na instrumentach zrobionych z odpadów. Oj robi się radośnie. A w środku- ogrom kolorów, ogrom owoców i warzyw, których nie znamy o smakach przeróżnych. Uczta dla oczu. I oczywiście, że naciągają. Ale takich owoców nie jedliśmy nigdy w życiu.
Pozostał nam jeszcze jeden punkt w Funchal, na którym czeka nas może i dziwna, ale na pewno bardzo charakterystyczna dla tego miejsca i chyba tylko dla tego miejsca atrakcja. Ale po kolei. Kolejką gondolową teleferico jedziemy sobie na wzgórze Monte. Po wyjściu z kolejki, gdyby podejść już całkiem na górę dochodzimy do kościółka. Samo wnętrze- no ok. Lepsze widzieliśmy. Ale widoki…. To jest to!
Spoglądając w dół dostrzegamy na ulicy przed kościółkiem wiklinowe sanie, które są największą atrakcją turystyczną Monte. Bo te właśnie sanie jeżdżą przez cały rok i nie wymagają śniegu. Taki wiklinowy kosz z ławeczką i oparciem dla pasażerów na dwóch drewnianych płozach. Carreiros ubrani w jasne spodnie, ciemne kurtki i słomkowe kapelusze rozpędzają sanie ciągnąc je za liny. Kiedy sanie nabiorą prędkości puszczają je przodem, a sami wskakują na wystające z tyłu płozy. Na zakrętach robi się ciekawie hmm. Trasa ma dwa kilometry w dół, uliczkami jeżdżą samochody i autobusy, emocje muszą być duże, a prędkość podobno do osiemdziesięciu km/h. Takiej atrakcji nie znajdziecie chyba nigdzie na świecie.
Oj dużo tego było i piękny dzień z tego wszystkiego nam wyszedł.















