Rzym – zaczynamy!

Rzym dzień I- zaczynamy pięknie!!!
 
Ostrzegam- będzie tego dużo, bo nie umiem o tym mieście napisać w kilku słowach. Po prostu. Kto chce niech czyta, kto nie chce niech ogląda (wszystkie zdjęcia są zdjęciami całej naszej wycieczkowej gromady), kto nie zainteresowany- niech pominie posta zupełnie.
 
Rzym miał być naszym rocznicowym wyjazdem. Tylko we dwójkę. Miało być romantycznie w jedynym takim miejscu na ziemi. Ale wyszło na to, że nasi znajomi też mają swoje różne rocznice i inne powody, żeby znaleźć się w Rzymie. Tak więc do Wiecznego Miasta lecimy w ósemkę. I mamy całe pięć dni na jego odkrycie!!! Tanie loty poranne z Berlina mają swoje plusy i minusy- zmęczony człowiek jak cholera, ale na miejscu wygrywasz cały dzień. A nad zmęczeniem najczęściej da się przecież jakoś zapanować…
 
Po przylocie i zakwaterowaniu w naszym mieszkanku nie tracąc czasu idziemy „na Rzym”. Mieszkamy pięć min. od Watykanu i blisko widokówkowego Zamku Św. Anioła. I to on stanowi nasz pierwszy cel. Nazwa zamku wskazuje, że z aniołami musi mieć coś wspólnego. Początkowo cesarz Hadrian wybudował sobie grobowiec rodzinny (123r), później do mauzoleum dodano mury obronne i stał się fortecą o którą rywalizowały możne rodziny, następnie więzieniem i w końcu fortecą papieską. A tak w ogóle to nad budynkiem ukazał się anioł, który przepowiedział, że już koniec gniewu Boga i zarazy, która dziesiątkowała mieszkańców Rzymu.No i na cześć dobrej nowiny nie tylko na zamku, ale i na moście przed nim znajdziemy dużo różnych aniołów z historią.
Idąc do zamku nie sposób nie obrócić głowy- jest i ona: wielka i dostojna- Bazylika Św. Piotra. W przekonaniu większości katolików najważniejszy Kościół, który wcale nim nie jest- ale o tym później. Na pewno największy. Nawet z tej perspektywy duże WOW! Z Zamku Anioła prowadzi do Watykanu słynny korytarz z XII w ukryty w murze obronnym. Sprytne rozwiązanie dla Papieży, z których jeden podobno nagminnie wymykał się tą drogą do kochanki, inny uciekał przed oblężeniem Watykanu przez Francuzów, a kolejni jeszcze znaleźli milion innych powodów, żeby używać tajnego przejścia. Wymykał się i nasz Papież tym wejściem- pierwszy raz, aby udać się na wędrówkę górską niezauważony przez nikogo, kolejny raz, aby w Wigilię Bożego Narodzenia rozdać koperty z pieniędzmi najuboższym. Myślę, że mury mogłyby opowiedzieć jeszcze dużo równie fascynujących opowieści.
 
Mijając przecudne, klimatyczne uliczki kierujemy się na- w opinii wielu- najpiękniejszy plac w Rzymie- Piazza Navona. Niejaki Lorenzo Bernini, który w Rzymie poczynił naprawdę dużo dobrych rzeczy, zbudował na środku placu Fontannę Czterech Rzek. W centrum znajduje się egipski obelisk, a cztery postacie przy nim symbolizują cztery rzeki z czterech kontynentów. W dwóch końcach placu znajdują się jeszcze dwie inne fontanny. Jedna to Fontana del Moro z centralna postacią Maura, zaprojektowaną również przez Berniniego. Otaczają ją delfiny i inne morskie zwierzęta. Z drugiej strony placu znajduje się Fontanna Neptuna. Co ciekawe, najpierw były nimfy, a Neptuna dodano znacznie później. I jak to w życiu bywa nadano mimo wszystko nazwę faceta, mimo, że dorobiony później… Muzyka, artyści uliczni, mnóstwo kafejek, w których kawa cztery razy droższa niż w typowej włoskiej kawiarni dla Włochów, ale i tak kupisz, bo warto posiedzieć i chłonąć tą atmosferę.
 
Bardzo blisko fontanny Maura odkrywamy postać Pasquino- najsłynniejszego tzw. rzymskiego posągu mówiącego, bo przemawiał i przemawia nadal w imieniu ludu. Brzmi absurdalnie? Rozwiązanie można by wypróbować i u nas. Myślę, że dużo powiedziałoby o nastrojach ludu… Krótko słów kilka o co w tym wszystkim chodzi. W XVI w podczas prac wydobyta zostaje figura, która przypomina zmarłego krawca słynącego z niezwykle ciętego języka. Ludzie obok posągu w świetle nocy zaczynają zostawiać karteczki z krytyką papieża, nepotyzmu i nadużyć, co do tej pory było nie do pomyślenia i groziło ciężkimi karami. I to wszystko przy głównym szlaku komunikacyjnym. I tak właśnie moi drodzy narodził się paszkwil. Kościół walczy nieumiejętnie z karteczkami i tak przez wieki. W 2010 odrestaurowano statuę i już nie można przyczepiać do niej notatek, ale obok jest tablica, na której można zostawić komentarz. A rzymianie piszą dalej, bo kto jak nie Pasquino najlepiej przemówi w ich imieniu?
 
Jeśli ktoś z Was oglądał „Anioły i demony” to z pewnością rozpozna kolejny punkt naszego spaceru- Pantenon. Jest ogromny. I człowiek czuje się tu taką małą mróweczką. Świątynia starożytna, która przeżyła grabieże, bo jej części zabrano do ozdobienia grobu św. Piotra w Watykanie. Kopuła- dzieło genialne o wadze bagatela 4500 ton. W środku okulus- prawie 9- metrowy otwór. Ktoś by pomyślał- doświetla. I owszem, ale nie bez powodu właśnie tak. Otóż raz w roku, 21 kwietnia (data założenia Rzymu) o 12.00 w południe, wpadające przez okulus promienie słoneczne skierowane są pod takim kątem, iż rozświetlają wejście do Panteonu oraz kolumnadę przed nim. Dokładnie o tej godzinie, rokrocznie cesarz wchodził do świątyni, w glorii i chwale i światłości do tego, potwierdzając w ten sposób ścisły związek cesarstwa z wszechświatem. Genialne. Obliczone bez komputera i danych współrzędnych z satelit. Ale są i minusy takiego rozwiązania, bo mamy niczym nie przykrytą dziurę w suficie- upraszczając już tak bardzo, bardzo. I jak pada deszcz, czy- co rzadkością- śnieg, to wpada na posadzkę. A woda jest sprytnie odprowadzana na zewnątrz i nikt jakoś nic sobie z tego nie robi. Dla miłośników sztuki: to tutaj spoczywa Rafael Santi- to ten m.in. od słynnego obrazu „Trzy Gracje”, który nadzorował budowę Bazyliki Św. Piotra.
 
„Gdy jesteś w Rzymie, rób to co Rzymianie”- nie siadamy więc na kawę koło Pantenonu, tylko kawałek dalej idziemy do miejsca, gdzie można za 1,20 EUR wypić najlepszą z najlepszych kaw w 20 różnych wersjach i zjeść granitę- zamrożoną kawę z bitą śmietaną. I jedno i drugie stawia na nogi jak nic. W kolejnych dniach okaże się również, że nie można jeść lodów w pierwszej lepszej lodziarni, która wygląda na fajną, tylko poszukać trzeba takiej, gdzie lody nakłada się packą, a nie foremką do kulek. Nie jem lodów- pistacjowym packowanym oparłam się tylko pierwszego dnia. Potem już nie miałam siły się opierać haha.
I w końcu dochodzimy do jednego z symboli Rzymu- Fontanna di Trevi (czyli: umieszczona u zbiegu trzech ulic-TreVie). Olbrzymia, monumentalna, miała zapewnić mieszkańcom dostęp do czystej wody- wypluwa 120 litrów wody na sekundę, natychmiast recyklingowanej. Zresztą w Rzymie wszędzie woda jest pitna, więc kupuje się raz wodę mineralną, a potem już tylko samodzielnie dolewa do pustych butelek z stojących wszędzie kraników.
Wracając do fontanny-oczywiście, że trzeba wrzucić monetę, żeby tu wrócić. I tym sposobem trafia na jej dno ok. 3000 EUR dziennie. Pieniądze są wyławiane i wędrują do Caritasu oraz na renowację budynków. Nie wolno siadać- o tym już wszędzie jest głośno, tłum ogromny. Turyści przychodzą tutaj dla niepowtarzalnych zdjęć. Co na to Rzymianie? A no w Dzień Turysty postanowili sobie czyścić fontannę i wypuścili wodę. Już widzę tysiące tych niepocieszonych ludzi, którzy dla tego piękna przyjechali do Rzymu… Taki właśnie jest włoski luz.
 
Idziemy dalej na Plac Hiszpański i Schody Hiszpańskie. Jedno i drugie jak dla mnie przereklamowane. Nie wiem na czym polega fenomen tych schodów- 138 stopni, szerokie, na szczycie XVI-wieczny kościół św. Trójcy. Na schodach odbywają się pokazy mody. Ludzie nie mogą siadać, bo zakaz, ale każdy chce przecież udowodnić, że zakazy są od tego, żeby je łamać. W związku z tym panowie pilnujący schodów gwiżdżą cały czas. U podnóża znajduje się niewielka fontanna- łódeczka- znowu dzieło Berniniego, pamiątka po powodzi, która miała miejsce w XVI w.
 
Idziemy słynnymi schodami na górę. I na zachód słońca docieramy na Wzgórze Pincio. Mamy Rzym jak na dłoni. Chwilo trwaj!!!! I właśnie dla takich chwil warto zrezygnować z kupna kolejnej rzeczy, która pocieszy nas na kilka minut. Bo ta chwila zostanie w nas już na zawsze.
 
To było piękne i mimo wszystko romantyczne haha rozpoczęcie rzymskiej wędrówki.

Dodaj komentarz