Prawie „Dzień Chłopaka”
Po śniadaniu wyruszamy do Monachium. To będzie taki swoisty „Dzień Chłopaka”. Mamy jakieś 133 km do przejechania, ale droga fatalna, same objazdy i przebudowy. Oczywiście Monachium jest istotne, ale nie oto chodzi w tej wyprawie. Pierwsze godziny po przybyciu spędzamy mianowicie w Allianz Arena-stadionie FC Bayern. Nie znam się na piłce, nie oglądam meczów, a o FC Bayern wiem dzięki moim mężczyznom, że gra tam Lewy. Nic ponadto. Ale myślę, że warto było wydać te 33 EUR na całą naszą rodzinkę, żeby to zobaczyć. Bilety na stadion zamówiliśmy jeszcze w Polsce internetowo, przeczuwając, co może dziać się na miejscu. Na miejscu natomiast do zapłacenia opłata parkingowa 5 EUR za cały dzień, jakby ktoś miał ochotę zostać tam cały dzień. Można też wydać nieskończenie więcej w FC Megastore, który na ten przykład oferuje koszulki z nazwiskiem Lewego za jedyne 84 EUR. Oferuje też bluzy, piłki i inne gadżety w równie wygórowanych cenach.
Nasz przewodnik jest bardzo miłym panem, grupa liczy ok. 20 osób. Wchodzimy na trybuny, pan opowiada o historii powstania, finansowaniu, rodzajach krzesełek i innych ciekawostkach dot. stadionu. Potem przemieszczamy się do loży VIP, do szatni i całego zaplecza, sal konferencyjnych, by w końcu przy dźwięku hymnu ligi mistrzów zejść schodami na murawę, podobnie jak robią to piłkarze z różnicą taką, że wyhamowujemy przed murawą, bo tej linii niestety nie można przekroczyć (poza tym murawa na stadionie jest dobrem narodowym, naświetlana w nocy, napowietrzana wieczorem, nawilżana rankiem, podgrzewana zimą). Całe zwiedzanie stadionu trwa ponad godzinę. Warto zrezygnować z własnej bluzeczki i kupić bilety, żeby zobaczyć ten zachwyt w oczach mężczyzn.
Po zwiedzaniu stadionu jedziemy- niestety samochodem, zamiast zostawić go na parkingu i jechać metrem, do centrum Monachium. Tłoczno, oj tłoczno na drodze, ale przynajmniej udaje nam się zaparkować w samiusieńkim centrum. Monachium założyli mnisi, co oczywiście widać na pierwszy rzut oka po ilości kościołów. I trzeba do nich zajrzeć. Kościoły przyciągają turystów i wiernych- kolejność chyba powinna być odwrotna- w różnoraki sposób. W kościele Świętego Ducha na ten przykład na podłodze leżą duże poduchy, na których każdy odwiedzający kościół może się położyć i wyciszyć.
W kościele Najświętszej Marii Panny szukamy śladu, który diabeł zostawił, kiedy dowiedział się, że go okłamali. Układ był taki, że pomoże on wybudować ten potężny kościół, do którego wchodzi 20.000 ludzi, pod warunkiem, że nie będzie w nim okien. Ustawili go na inspekcji tak, że kolumny wszystko przesłoniły i żadnego okna nie widział. Ale się dowiedział, że okna jednak są, przyszedł do kościoła i tupnął kopytem, czy co on tam ma i zostawił swój ślad. No i właśnie tego śladu szukaliśmy i niestety nam nie wyszło, bo było nabożeństwo i część kościoła niedostępna.
Ale Monachium to przede wszystkim stary rynek z przepięknym nowym ratuszem, prawie w całości odbudowanym po zniszczeniach wojennych (autentyczna zachowała się tylko 85- metrowa wieża z kurantem i postaciami rycerzy i bednarzy, które w określonych godzinach tańczą).
Imponujące byłoby to wszystko jeszcze bardziej, gdyby nie ten potworny tłum. Uciekamy więc dalej, a im dalej tym niestety więcej ludzi. Oglądamy inne warte obejrzenia budynki, odświeżamy się przy licznych fontannach i powoli wracamy na parking, niestety nie zobaczywszy wszystkiego, co było zaplanowane (ogród angielski, najstarszy browar), ale późno się robi. Wyjazd z Monachium, podobnie jak wjazd masakra. Po powrocie do naszego pensjonatu nikt nie ma już ochoty na nic poza snem i szybką herbatką z nowego kubka.











